Dżi-junit

Mar. 7th, 2009 08:06 pm
subiteveneinorem: (can you say it again)
[personal profile] subiteveneinorem
Introdakszyn

    Kiedy się wypełniły dni i znudzona Dżi usiadła przy biurku z zamiarem uczynienia względnego porządku na wyżej wymienionym, jej zamglone (ewentualnie zaparowane) oczy w barwie łupiny orzecha laskowego zatrzymały się na drużynowym dialogu z lekcji języka ojczystego, pozostawionym nieostrożnie na widoku, gdzie mogła go dojrzeć inkwizycja w postaci rodzicielki i rodziciela (robiciela?), ewentualnie szesnastoletniego wcielenia szatana, który w chwili pisania tych słów katuje swoje uszy motywem z Tetrisa, tudzież ówdzież powykręcanym i poprzeplatanym charakterystycznym technowatym łup-łup-jeb-jeb-trzask-trzask (nie ma co, długie zdanie mi wyszło). Więc zaczynając zdanie od więc, Dżi ujęła pieszczotliwie ów kawałek papieru, i odemgliwszy i odparowawszy oczy, z uśmiesznym lubieżkiem oddała się lekturze. I w tym podniosłym momencie - a jakże - w głowie dziecięcia mhroku, boontu i zua narodził się szatański plan, ale o dziwo nie opanowania świata lub choćby co najmniej najbliższego monopolowego, o nie - Dżi postanowiła napisać rzecz. Rzecz, za którą w niektórych kręgach zostanie uznana za heretyczkę i potraktowana struną od pianina, zjedzona żywcem i zwis-męski-wie-co-jeszcze.
    A natchnieniem były dwa słowa (a właściwie dwa słowa i myślnik): och-sev.
    I wbrew spadkowi ciśnienia, globalnemu ociepleniu i prądom stałym, zmiennym i morskim Dżi ujęła w jedną dłoń zeszyt, który dawno temu służył podniosłym celom (jako podstawka pod krzesłonogę), w drugą zdzierżyła żółto-czerwony długopis z czasów pewnego Zeszytu i...
    ... i pulpet. Chociaż...
    Chociaż nie, wena twórcza jej nie opuściła i zaczęła pisać. A o czym? A o Syndromie Patrzenia Na Świat Przez Pryzmat Łysego Rumuńskiego Klona-Zabójcy Z Kodem Kreskowym Na Potylicy (kopyrajted), a co.

Czapter łan

    Polowanie czas zacząć, toteż Dżi, mając na względzie zawodowe nawyki swojej ofiary, sobie tylko znanym sposobem znajdowywuje się nagle w najbardziej prawdopodobnym miejscu znajdowywania się wyżej wymienionego, czyli tam, gdzie się go nikt nie spodziewa, albo przynajmniej nie spodziewa się go tak zwany zakontraktowany cel. Ku zaskoczeniu i radości zarówno Dżi jak i setek pokrzywdzonych czartoryszan, celem owym okazała się Złotowłosa w swej blondwarkoczowej, erotomańsko-nimfomańskiej osobie (oł jea). Złotowłosa wyprowadzała właśnie na smyczach swojego kota i syna, przy czym syn miał na oczach gustowne klapki wyszywane własnoręcznie przez mamusię w tajemnicze symbole, zapobiegające chorobie zwanej synową.
    Dżi prewencyjnie schowała się za krawężnikiem i byłaby się tam zmieściła, gdyby nie to, że znajdowała się tam jej własna ofiara, która spojrzała na nią tymi swoimi niebieskimi oczętami o swojsko wyglądającym wyrazie "łotdefak?!" i podrapała się w zakodowaną łysinę lewą stopą, gdyż w dłoniach dzierżyła krówkę-ciągutkę, którą to zgodnie z planem miała udusić Złotowłosą a następnie dać do zjedzenia kotu lub synowi (ale prędzej synowi, bo chude toto było niemiłosiernie).
    Dzięki Bogu, Allachowi, Buddzie czy czemu tam jeszcze Złotowłosa nie ujrzała ich obojga. Przed oczami miała bowiem wizję pośladków księżniczki swojej wychowańczej klasy a w uszach monolog na najbliższe zajęcia.
    Ofiara Dżi, a właściwie ofiar, znaczy rodzaj męski zamienił wyraz oczu na "fakof" i by podkreślić powagę sytuacji zaczął się drapać prawą nogą, co było nie lada wyczynem nawet bez leżącej na nim Dżi, która w tym czasie z zapamiętaniem wiązała węzełki na jego kraśnym krawacie w celu bliżej nieokreślonym czyli dalekosiężnym. Dżi pojęła - bo pojętna jest okrutnie - i posłusznie zeszła z jego pleców, przetrząsając okoliczne chodniki bystrym jak woda w klozecie wzrokiem oczu piwnych acz bezalkoholowych w poszukiwaniu zaginionej w tłumie wyludnionych kostek brukowych Złotowłosej, kota i syna.

Czapter tu

    Tymczasem Złotowłosa, nieświadoma czekającego ją niechybiającego końca, charakterystycznym tylko sobie krokiem wyedukowanej kobiety spod oświetlenia ulicznego zbliżała się do automatycznie otwierających się odrzwi Kerfura. Spostrzegłszy to, ofiar Dżi - zwany odtąd Panem Łysym - z przejęcia aż przestał się drapać. I nic dziwnego, ze swoją zakodowaną łysiną, choćby nie wiadomo jak się starał, nie przedostanie się do środka. Wszędobylskie, wyrastające nie wiadomo kiedy z podłogi bramki przeciwkokradzieżowe, największa zmora klonów-zabójców, niechybnie umówią go na spotkanie z równie wszędobylskimi i pojawiającymi się z tego samego nie-wiadomo-kiedy panami z ochrony. A, jak już miał wątpliwą przyjemność się dowiedzieć, panowie z ochrony mają bardzo sofistikejted sposób przeszukiwania podejrzanych.
    Mógł więc tylko patrzeć, jak Złotowłosa przywiązuje syna do pobliskiego słupka i z kotem wchodzi do Kerfura. W momencie, gdy samootwierające się odrzwia zamknęły się bezszumnie (i w dodatku jak na złość nie przycinając blond warkocza, który - jeśli wierzyć legendom, podaniom i daniom w Kej-Ef-Si - żyje własnym życiem, a nawet ma swój własny ekosystem), z jego ust dał się słyszeć gniewno-tęskny jęk:
    - Szit.
    Gdyby sytuacja nie była tak podniośle drastyczna, Dżi prawdopodobnie padłaby na kolana i zapłakała orzechowo-piwnymi łzami nad tak niefortunnym niefartem. Ale jako że była to kobieta silna i na dodatek chłop na schwał, ukradkiem wysmarkała tylko nosek w rolkę papierowych ręczników o zapachu wiosennych ziemniaków (jak dotąd nie udowodniono związku tego czynu z nawiedzającymi kraj trąbami powietrznymi, więc ewentualni pokrzywdzeni niech lepiej omijają Dżi z daleka, bo gotowa się na złość przeziębić), po czym wypiąwszy dumnie pierś (ale nie na tyle dumnie, by bluzka pękła w szwach; Dżi ma swoją godność, łatwa nie jest, a poza tym sprawa była słuszna i w ogóle) i zamachnąwszy się kilkakrotnie rzęsami tak, że z okolicznych drzew zerwała liście, zaofiarowała swoją pomoc.
    Pan Łysy zmierzył gotową na wszystko (i to jak) ochotniczkę i, chcąc nie chcąc, zgodził się na współpracę. Nie krył przy tym żalu, że gdyby nie ona, nic takiego by się nie stało się, więc Dżi zanotowała sobie w małym, chińskim notesiku z promocji, by mu to potem wynagrodzić, po czym zasalutowała służbiście i sprężyście, i wyruszyła na pełną niebezpieczeństw misję wywabienia Złotowłosej z Kerfura.

Czapter fri

    Zaraz po przejściu przez odrzwia przywitała ją wesoła dźwięczka:
    "Pat i kot, kot i Pat, Pat i kot, przyjaciele od lat..."
    Dżi zwróciła swoje łupinoorzechowe infiltratory w stronę źródła dźwięczenia, którym okazał się bujający się w przodotył i lewoprawie kraśny niczym krawat Pana Łysego nibypojazd pocztowy, w którego wnętrznościach, obok swojego mało ruchliwego klona z masy plastikopodobnej, siedział kot Złotowłosej, ogonem wymachując takt onej patokotowej melodii. Szczerzył się przy tym jak rasowy kocur z Czeszajer, co tylko umacniało naszą bohaterkę w mniemaniu, iż Złotowłosa utrzymuje stały kontakt listowny z Tym-Z-Dołu (esemesy nie mają tego dramatyzmu, co pisany odręcznie esencją z sześćset sześćdziesiątych szóstych potów czartoryszan tekst na płótnie z wyrwanych w akcie desperacji włosów wyżej wymienionych). Pupil obdarzył Dżi przelotnym spojrzeniem złocistych jak warkocz właścicielki ślepi, po czym, niezrażony towarzystwem i pewien tego, że Złotowłosa prędko się nie spojawi, wąsami skręcił sobie skręta z kocimiętki i zapaliwszy go, zaczął puszczać nosem niebieskie pentagramy.
    Dżi odtańczyła wskazany w takich sytuacjach rytualny taniec z maszyną na kauczukowe odbijaczki i napełniwszy nimi kieszenie guzików, weszła wpomiędzy kerfurowe półki.
    A dnia onego stała się promocja na różowe myjki w kształcie osiołka z wbudowanym pojemnikiem na fioletowe mydło w krążkach.

    Równoczasowo na zewnątrz Kerfura Pan Łysy nudził się niemiłościwie. Z nudów onych rosła wokół niego flota statków orgiami z opadłych liści drzew bliżej nieokreślonych acz rosnących całkiem blisko. Zacząłby może i sprzedawać flotę w cenach okazyjnych plus 47 procent waty, kiedy jego uważność przykuł syn Złotowłosej, przytulony do słupka i uderzający głową w wieńczący go grzybek w niebieskie żonkile. W łysinie Pana Łysego zrodził się plan szatanistyczny niczym... Nie, nie ma nic bardziej szatanistycznego niż ów plan, którego szatanistyczność przeraziła nawet Tego-Z-Dołu, który zaczął sobie kopać schron łopatką do ciasta.
    Pan Łysy postanowił uwolnić syna Złotowłosej (mhroczny śmiech i marsz żałobny wskazane, a nawet wymagane).
    Korzystając z supermocy Horejszjo Kejna z Si-Es-Aj, telepatetycznie i telepatologicznie przesłał ten plan prosto wpomiędzy myśli Dżi, po czym przystąpił do jego realizacji.

    Dżi, odkrywszy możliwość telepatetycznego etece połączenia z Panem Łysym z uśmiesznym lubieżkiem dodała to do swojej poprzedniej notatki w notesiku, po czym, lewitowała nad tłumami z myjkami, w ręce dzierżąc wykrywacz warkoczy. Gdy skala sięgnęła nieskończoności, zanurkowała w dół, by odnaleźć Złotowłosą ze stoickim uśmiechem przeglądającą katalog gumek do włosów. Dżi teatralnym gestem przyłożyła sobie dłoń do czoła i płaczliwie krzyknęła:
    - Stało się! Jerzyk uciekł!
    I Złotowłosej już nie było. Porzucony katalog wykręcił cyrkowe potrójne salto i wrócił na swoje miejsce, wpomiędzy poradnik dla warkoczy i podręcznik pielęgnacji zębów grzebieni. Dumna z siebie Dżi przesłała Panu Łysemu wiadomość:
    - Miszyn akompliszt.

Czapter for

    Złotowłosa wystrzeliła z Kerfura z prędkością statku kosmicznego Lorda z Wiader. Odrzwia nie zdążyły się roztworzyć, ziała więc w nich wielka dziura z pięcioma odnóżami - na nogi, ręce i warkocz. Sama Złotowłosa zatrzymała się dopiero przy słupku, gdzie znajdowywał się syn. A po synu zostało tylko półkolowe wgniecenie pomiędzy żonkilami, bardzo zresztą zgrabnie wybite - widać perfekcjonizm odziedziczył po mamusi.
    Złotowłosa wzniosła oczy i ręce ku niebiosom, z których jak na złość zaczęły spadać różnokolorowe gumiżelki.
    - Nieee...! - zawyła niczym rasowa pudelka, po czym, dysząc ciężko, zmierzyła okoliczne okolice płonącym spojrzeniem, od którego zajęły się okoliczne drzewa i flota Pana Łysego. - Zemsty!
    Chodnik się rozbrukował i spomiędzy kostek wyskoczył Ten-Z-Dołu w różowym tutu. Równocześnie z Kerfura wybiegła Dżi, dzierżąc w dłoni kota. Rozejrzała się w poszukiwaniu Pana Łysego, ale nie mogła go nigdzie dopatrzeć. Niedobrze.
    Złotowłosa spostrzegła kota w ręku naszej bohaterki i wiedziona swym polonistycznym instynktem, sięgnęła za plecy. I strach się nie bać, co by się mogło stać się, gdyby nie pojawił się Pan Łysy i nie rzucił Dżi na ziemię.
    - Ona zaraz uwolni Demona z Warkocza! - krzyknął, w nagłym przypływie nie-wiadomo-czego chroniąc Dżi, której w tym momencie było na tyle dobrze, że warkocz miała głęboko na dnie Rowu Mariańskiego (tego prawdziwego, zboczeńce).
    Ten-Z-Dołu, widząc, że fajnie nie jest, zabrukował się powrotem pod ziemią i dalej kopał schron (nawet najstarsi Indianie nie wiedzą, po kiego zwisa się w ogóle pojawił na powierzchni i dlaczego akurat w tutu i w dodatku różowym; prawdopodobnie uwolnienie syna Złotowłosej naruszyło równowagę Szmocy).
    Złotowłosa chwyciła gumkę wiążącą warkocz i już miała za nią pociągnąć, gdy zabłąkana gumiżelka postanowiła zostać kamikadze i pikując, z okrzykiem "Na Grunwald!", przebiła się przez jej uzębienie i zanim przemknęła przez gardło, zdążyła zawiązać migdałki Złotowłosej w bardzo ozdobną kokardkę.
    I Złotowłosa się rozpukła. A to spryciara.
    I tylko warkocz znów nie miał się gdzie podziać. Biedny warkocz.
    - Biedny warkocz - przyznała sobie sama rację Dżi, coś w końcu trzeba było powiedzieć w tak uroczystej chwili. Nawet słońce postanowiło zajść, choć było dopiero południe.
    Nasza bohaterka, niejako wbrew swojej zachcicy, wyczołgała się spod Pana Łysego i wypuściła kota.
    - Gdzie masz krówkę? - spytała swojego ofiara, otrzepującego się z resztek Złotowłosej.
    - Syn zjadł - odparł Pan Łysy.
    - No to pójdziemy spać bez kolacji - wylubieżyła się uśmiesznie Dżi i chwyciła go za supeł u krawata (ów dalekosiężny cel - jeśli na krawacie jest supeł, krawat się z ręki nie wyślizgnie) i pociągnęła go w miejsce tylko sobie znane i w celach temu podobnych (ze względu na wrażliwość narządów ocznych i itepych czytaczy autorka pozwoliła sobie na pominięcie zakończenia; jeśli chcecie wiedzieć, co było dalej, włączcie sobie taki jeden kanał po godzinie 23, a być może ujrzycie namiastkę wyżej wymienionego).
This account has disabled anonymous posting.
If you don't have an account you can create one now.
HTML doesn't work in the subject.
More info about formatting

Profile

subiteveneinorem: (Default)
~ji.

January 2020

S M T W T F S
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627 28293031 

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags