Jest to część pierwsza planowanego przez mnie odcinkowego opowiadania, bazującego na filmowej trylogii "X-Men". Napisałam to baaardzo dawno temu, po czym porzuciłam projekt dla opowiadania pisanego wspólnie z przyjaciółkami. Umieszczam je głównie po to, by przekonać się, czy warto wracać do tego tekstu i kontynuować historię. Komentarze mile widziane.
"Pomóż mi."
Nie mogę. Nie umiem.
"Umiesz. Wiesz, co zrobić. Omawialiśmy to tyle razy. Zbyt wiele, byś zapomniała."
Nie jestem w stanie! To ponad moje siły!
"Ponad twoje siły? Przecież wiesz, że to kłamstwo."
Nie. Nie zmuszaj mnie, Charles.
"Ja cię nie zmuszam. Ja proszę..."
Nie!
"Eden... To jedyne wyjście. Wiesz o tym."
- Eve? Eve! Kochanie, gdzie jesteś? Przestań się chować!
Podszedł do drzwi wyjściowych. I wtedy usłyszał huk. Ziemia zatrzęsła się gwałtownie, niebo rozświetliły setki błyskawic.
- Eve!!!
Wybiegł na zewnątrz.
Na środku trawnika znalazł dymiące jeszcze, okrągłe poletko suchej jak pieprz trawy. Pośrodku leżała biała koszulka nocna i papucie-króliczki jego siedmioletniej córki.
W powietrzu unosił się zapach ozonu.
Uklęknął, podniósł ubranie, otrzepał z popiołu i powoli ruszył w stronę domu.
Woda była spokojna. Eden szła samym brzegiem. Nie czuła ostrych krawędzi kamieni, kaleczących jej stopy. Nie czuła podmuchów zimnego wiatru, smagających co jakiś czas jej nagie ciałko.
Woda była spokojna. Tylko to się liczyło.
W końcu znalazła odpowiednie miejsce. Płaski, kilkumetrowy kamień wystający z ziemi. Usiadła na jego szczycie.
Wiatr rozwiał białe jak śnieg włosy. Uśmiechnęła się i chwyciła powietrze. W jej dłoniach stało się plastyczną masą; pod wprawnymi, choć drobnymi palcami przyjmowało kształt człowieka.
Zamknęła oczy. Nie musiała patrzeć na to, co robi. Człowiek, którego tworzyła, stał przy niej, czuła to i to jej wystarczało. Musiała tylko go uwolnić, a raczej na nowo zamknąć w cielesnej powłoce.
Gdy skończyła, przyjrzała się krytycznym okiem owocowi swojej pracy, lekko przekrzywiając główkę w lewo. Uśmiechnęła się zadowolona, pochyliła nad mężczyzną i musnęła ustami jego wargi.
Niebieskie oczy rozwarły się szeroko. Mężczyzna wziął głęboki wdech. Całe ciało drżało, gdy zimne powietrze wdarło się do płuc. Odetchnął jeszcze kilka razy... i sięgnął dłońmi twarzy. Krzyknął cicho i zacisnął powieki.
- Wybacz, nie zdążyłam tego naprawić. Zajmę się tym później, jeśli ci to nie przeszkadza - usłyszał. Uniósł głowę i spojrzał przed siebie. Ujrzał małą, może kilkuletnią dziewczynkę. Wiatr zwiewał śnieżnobiałe włosy z jej twarzy. Oczy, mieniące się wszystkimi kolorami, wpatrywały się w niego z uwagą.
Była całkiem naga.
Odwrócił się, zażenowany. Chwilę potem zauważył, że i on nie ma niczego na sobie. Zarumienił się gwałtownie.
- Ojej - dziewczynka roześmiała się perliście. - Zapomniałam.
Mężczyzna usłyszał cichy grzechot, jakby mała dłoń podnosiła garść kamieni.
- Masz... czy to pasuje? - obok niego upadł szary kombinezon, spodnie, bielizna, buty i skarpetki. Podjął je i zaczął się ubierać.
- Czy... czy mogłabyś się odwrócić? - spytał drżącym głosem. Znów perlisty śmiech.
- Oczywiście, wybacz.
Gdy zapiął suwak kombinezonu, znów spojrzał w stronę dziewczynki. Nawet nie zmieniła pozycji. Jej oczy lśniły wszystkimi odcieniami czerwieni.
Wspomnienia uderzyły go z siłą gromu. Upadł na kamienie.
- Jak...? - szepnął. Cichy chrzęst kamieni. Drobne ramię obejmujące go w opiekuńczym geście.
- Już po wszystkim, Scott. Najważniejsze, że jesteś znów z... z nami.
- Jean...
- Ona... ona nie żyje, Scott.
- NIE!!!
Ona tu była! Pamiętał przecież... przyjechał tu, wołała go. Wyłoniła się z jeziora, trzymał ją w ramionach... Całował ją. A potem...
- Zabiła cię, Scott. Zniszczyła - mała dłoń zacisnęła się na jego ramieniu. Ale głos był bezbarwny. Obcy. Wyzuty z emocji. Odepchnął ją z całej siły. Upadła na ostre kamienie.
- Kłamiesz!
Uniosła dłoń i zaczęła się jej przyglądać. Spomiędzy palców wyciekła cienka strużka krwi.
"Musimy już iść," powiedziała. Nie poruszając ustami.
- Iść? Gdzie?
"Do szkoły, Scott."
Wiatr szeleścił opadłymi na ziemię, pożółkłymi liśćmi. Siwożółte zwitki toczyły się po chodniku. Logan stał naprzeciwko trzech pomników. Zdmuchnął zapałkę i nachyliwszy się, postawił znicz przed największym z nich. Stał jeszcze chwilę, wsłuchując się w szum wiatru. Wziął głęboki wdech.
- Jak się masz, Storm - powiedział, odwracając się powoli.
- Witaj, Logan - uśmiechnęła się ciemnoskóra kobieta. Krótkie, białe włosy rozwiewały się we wszystkie możliwe strony. Nie był to jednak efekt wiatru. Logan czuł zapach lakieru i pianki do włosów. - Przezimujesz w szkole, prawda?
- Nie wiem. Być może - odparł. - Jeszcze zobaczę.
- Rozumiem... - jej wzrok zatrzymał się na płomieniu świecy. Oczy na chwilę zaszły mgłą. Wiatr uderzył mocniej, zdmuchując znicz. Odwróciła głowę. - Rok szkolny niedawno się zaczął. Wciąż poszukujemy nauczycieli...
- Sztuki? - uśmiechnął się gorzko. - Zobaczymy.
- Logan, ja...
- Ok, Storm. Żaden problem. Mogę zostać. Na... jakiś czas.
Uśmiechnęła się półgębkiem.
- Nie... to znaczy, miło z twojej strony, ale nie o to mi chodziło. Ja... O MÓJ BOŻE! - krzyknęła.
- Co do...? - odwrócił się i zamarł. - Scott... - szepnął.
Strorm rzuciła się w tamtą stronę. Kilkoma susami dopadła do miejsca, w którym stał mężczyzna w szarym kombinezonie. Niemal go wywróciła, ściskając tak mocno, że aż brakło mu tchu.
- Scott! Boże, myśleliśmy, że nie żyjesz! Jak...? To niemożliwe! Boże, jak się cieszę! Scott! - wyrzucała słowa z prędkością karabinu maszynowego, nie dając mu dojść do głosu.
Logan podchodził ostrożnie, wytężając zmysły. Z zaciśniętej pięści powoli wysunęły się trzy ostrza. Jego nozdrza podrażnił zapach ozonu. To on zobaczył małą dziewczynkę, stojącą za Scottem. Wpatrywała się w niego mieniącymi się różnokolorowo oczami.
"To nie będzie konieczne," zadudniło mu w głowie, niewątpliwie jej głosem. Podszedł bliżej. Dziewczynka uśmiechnęła się przyjaźnie. "Zaufaj mi, nie jesteśmy niebezpieczni," zmrużyła oczy. Była całkiem naga.
- Kim jesteś? - spytał, podchodząc do niej i klękając najemno kolano.
"Czy to ma jakiekolwiek znaczenie?" przechyliła główkę w lewo, przyglądając mu się uważnie.
- Oczywiście, że...
- Logan - Scott stanął obok niego. - Co ty chcesz jej zrobić tymi pazurami?
Logan schował ostrza. Wciągnął powietrze. Pomiędzy zapachem ozonu i butwiejących liści odnalazł ten, którego oczekiwał.
- To ty, Scott - powiedział, nie zmieniając pozycji.
- Nie, zajączek wielkanocny. Zostawisz ją? Ona... - przerwał Scott. Co miał powiedzieć? Że ta kilkuletnia dziewczynka właśnie go wskrzesiła?
Logan wstał i stanął z nim twarzą w twarz.
- Powinienem powiedzieć: "Miło cię znów widzieć, Scott"? - wyciągnął do niego dłoń.
- Nigdy bym w to nie uwierzył - odparł Scott, ściskając ją. Zaraz potem padli sobie w ramiona.
- Myśleliśmy, że cię straciliśmy - powiedział Logan. - Jak...?
Storm podeszła do dziewczynki. Zdjęła z siebie kurtkę i narzuciła na ramiona małej.
"To nie jest konieczne," usłyszała. Wielkie, różnokolorowe oczy podążały za dłonią, odsłaniającą włosy z jej twarzy.
- Wiem, Eden - powiedziała Storm. - Ale jeśli masz zamiar wejść do budynku, to musisz mieć coś na sobie. Ze względów etycznych, nie praktycznych.
Dziewczynka uśmiechnęła się do ciemnoskórej kobiety. Ta przytuliła ja mocno.
- Dziękuję - szepnęła w burzę śnieżnobiałych włosów.
"Proszę bardzo. Ale to dopiero początek."
- Wiem. Nawet nie masz pojęcia, jak się cieszę.
"Założysz się?" śmiech dziewczynki rozbrzmiał wewnątrz jej umysłu.
"Nie mogę jej dłużej kontrolować. Nie jestem w stanie."
Ja to zrobię.
"Nie! Nie mogę na to pozwolić. Ona nie może wiedzieć o twoim istnieniu."
Być może już wie.
"Nie. Dopóki sama się z nią nie skontaktujesz, nie będzie nawet podejrzewać, że istniejesz."
Dlaczego? Dlaczego mnie ukrywasz, Charles?
"Ponieważ... Ponieważ jesteś moją ostatnią nadzieją."
Nie rozumiem.
"Eden... po prostu bądź blisko."
Zawsze jestem.
"Dziękuję."
- Czy ona jest... niebezpieczna? - Logan stał przy oknie i przyglądał się białowłosej dziewczynce, biegającej po pokrytym zeschłymi liśćmi trawniku. - Scott?
Mężczyzna w szarym kombinezonie także spoglądał w dół, z tym, że jego oczy błądziły po trzech pomnikach. Dopiero naprawdę mocne szturchnięcie wyrwało go z zamyślenia.
- Co?
- Kim albo czym ona jest? - spytał Logan.
- Mutantem, Logan - do gabinetu weszła Storm. W rękach trzymała tacę z trzema kubkami gorącej herbaty i cukiernicą.
- Tego zdążyłem się domyślić. Zastanawiam się, w jaki sposób to dziecko...
- Potrafi wskrzesić człowieka? - dokończył Scott.
Storm postawiła tacę na stoliku.
- To jedyny mutant szóstej klasy, jakiego zlokalizował profesor. Być może jedyny na świecie - powiedziała.
- Szóstej klasy? - Logan usiadł przy stoliku. Spojrzał na parujący kubek. - Chyba nie sądzisz, że wezmę to do ust?
- Cóż, nie mamy piwa - oznajmiła Storm. - Przecież wiesz, że...
- ...to szkoła. Wiem.
- Właśnie. Wracając do tematu... Profesor opowiadał mi kiedyś o tym dziecku. Mówił, że wiąże z nim wiele planów. Że jest wyjątkowe.
- Dlaczego więc nie chciał mieć jej przy sobie?
- Nie wiem. Być może dla jej bezpieczeństwa. Pewnie chronił ją przed Magneto.
- A co mógłby jej zrobić Magneto? Powyrywać plomby z zębów?
Storm podniosła kubek do ust. Napar parzył jej język.
- Pozostaje jeszcze jedna osoba... - powiedziała półgłosem. Oboje równocześnie spojrzeli na Scotta. Zdawał się nie zwracać uwagi na tę rozmowę, wpatrzony w przestrzeń na zewnątrz. - Phoenix.
- Dlaczego...?
- Nie wiem. Zresztą... - westchnęła. - to już nieaktualne. Być może dlatego Eden się pojawiła.
- Eden? - zdziwił się Logan.
- Tak mówił o niej profesor - kiwnęła głową Storm. - Eden. Nie wiem, czy to imię, czy pseudonim. Profesor twierdził, że pojawi się w odpowiednim momencie i nam pomoże.
- Nie wspominał, jak? W jaki sposób?
- Nie... ale chyba się domyślam.
"Pomóż mi."
Nie mogę. Nie umiem.
"Umiesz. Wiesz, co zrobić. Omawialiśmy to tyle razy. Zbyt wiele, byś zapomniała."
Nie jestem w stanie! To ponad moje siły!
"Ponad twoje siły? Przecież wiesz, że to kłamstwo."
Nie. Nie zmuszaj mnie, Charles.
"Ja cię nie zmuszam. Ja proszę..."
Nie!
"Eden... To jedyne wyjście. Wiesz o tym."
- Eve? Eve! Kochanie, gdzie jesteś? Przestań się chować!
Podszedł do drzwi wyjściowych. I wtedy usłyszał huk. Ziemia zatrzęsła się gwałtownie, niebo rozświetliły setki błyskawic.
- Eve!!!
Wybiegł na zewnątrz.
Na środku trawnika znalazł dymiące jeszcze, okrągłe poletko suchej jak pieprz trawy. Pośrodku leżała biała koszulka nocna i papucie-króliczki jego siedmioletniej córki.
W powietrzu unosił się zapach ozonu.
Uklęknął, podniósł ubranie, otrzepał z popiołu i powoli ruszył w stronę domu.
Woda była spokojna. Eden szła samym brzegiem. Nie czuła ostrych krawędzi kamieni, kaleczących jej stopy. Nie czuła podmuchów zimnego wiatru, smagających co jakiś czas jej nagie ciałko.
Woda była spokojna. Tylko to się liczyło.
W końcu znalazła odpowiednie miejsce. Płaski, kilkumetrowy kamień wystający z ziemi. Usiadła na jego szczycie.
Wiatr rozwiał białe jak śnieg włosy. Uśmiechnęła się i chwyciła powietrze. W jej dłoniach stało się plastyczną masą; pod wprawnymi, choć drobnymi palcami przyjmowało kształt człowieka.
Zamknęła oczy. Nie musiała patrzeć na to, co robi. Człowiek, którego tworzyła, stał przy niej, czuła to i to jej wystarczało. Musiała tylko go uwolnić, a raczej na nowo zamknąć w cielesnej powłoce.
Gdy skończyła, przyjrzała się krytycznym okiem owocowi swojej pracy, lekko przekrzywiając główkę w lewo. Uśmiechnęła się zadowolona, pochyliła nad mężczyzną i musnęła ustami jego wargi.
Niebieskie oczy rozwarły się szeroko. Mężczyzna wziął głęboki wdech. Całe ciało drżało, gdy zimne powietrze wdarło się do płuc. Odetchnął jeszcze kilka razy... i sięgnął dłońmi twarzy. Krzyknął cicho i zacisnął powieki.
- Wybacz, nie zdążyłam tego naprawić. Zajmę się tym później, jeśli ci to nie przeszkadza - usłyszał. Uniósł głowę i spojrzał przed siebie. Ujrzał małą, może kilkuletnią dziewczynkę. Wiatr zwiewał śnieżnobiałe włosy z jej twarzy. Oczy, mieniące się wszystkimi kolorami, wpatrywały się w niego z uwagą.
Była całkiem naga.
Odwrócił się, zażenowany. Chwilę potem zauważył, że i on nie ma niczego na sobie. Zarumienił się gwałtownie.
- Ojej - dziewczynka roześmiała się perliście. - Zapomniałam.
Mężczyzna usłyszał cichy grzechot, jakby mała dłoń podnosiła garść kamieni.
- Masz... czy to pasuje? - obok niego upadł szary kombinezon, spodnie, bielizna, buty i skarpetki. Podjął je i zaczął się ubierać.
- Czy... czy mogłabyś się odwrócić? - spytał drżącym głosem. Znów perlisty śmiech.
- Oczywiście, wybacz.
Gdy zapiął suwak kombinezonu, znów spojrzał w stronę dziewczynki. Nawet nie zmieniła pozycji. Jej oczy lśniły wszystkimi odcieniami czerwieni.
Wspomnienia uderzyły go z siłą gromu. Upadł na kamienie.
- Jak...? - szepnął. Cichy chrzęst kamieni. Drobne ramię obejmujące go w opiekuńczym geście.
- Już po wszystkim, Scott. Najważniejsze, że jesteś znów z... z nami.
- Jean...
- Ona... ona nie żyje, Scott.
- NIE!!!
Ona tu była! Pamiętał przecież... przyjechał tu, wołała go. Wyłoniła się z jeziora, trzymał ją w ramionach... Całował ją. A potem...
- Zabiła cię, Scott. Zniszczyła - mała dłoń zacisnęła się na jego ramieniu. Ale głos był bezbarwny. Obcy. Wyzuty z emocji. Odepchnął ją z całej siły. Upadła na ostre kamienie.
- Kłamiesz!
Uniosła dłoń i zaczęła się jej przyglądać. Spomiędzy palców wyciekła cienka strużka krwi.
"Musimy już iść," powiedziała. Nie poruszając ustami.
- Iść? Gdzie?
"Do szkoły, Scott."
Wiatr szeleścił opadłymi na ziemię, pożółkłymi liśćmi. Siwożółte zwitki toczyły się po chodniku. Logan stał naprzeciwko trzech pomników. Zdmuchnął zapałkę i nachyliwszy się, postawił znicz przed największym z nich. Stał jeszcze chwilę, wsłuchując się w szum wiatru. Wziął głęboki wdech.
- Jak się masz, Storm - powiedział, odwracając się powoli.
- Witaj, Logan - uśmiechnęła się ciemnoskóra kobieta. Krótkie, białe włosy rozwiewały się we wszystkie możliwe strony. Nie był to jednak efekt wiatru. Logan czuł zapach lakieru i pianki do włosów. - Przezimujesz w szkole, prawda?
- Nie wiem. Być może - odparł. - Jeszcze zobaczę.
- Rozumiem... - jej wzrok zatrzymał się na płomieniu świecy. Oczy na chwilę zaszły mgłą. Wiatr uderzył mocniej, zdmuchując znicz. Odwróciła głowę. - Rok szkolny niedawno się zaczął. Wciąż poszukujemy nauczycieli...
- Sztuki? - uśmiechnął się gorzko. - Zobaczymy.
- Logan, ja...
- Ok, Storm. Żaden problem. Mogę zostać. Na... jakiś czas.
Uśmiechnęła się półgębkiem.
- Nie... to znaczy, miło z twojej strony, ale nie o to mi chodziło. Ja... O MÓJ BOŻE! - krzyknęła.
- Co do...? - odwrócił się i zamarł. - Scott... - szepnął.
Strorm rzuciła się w tamtą stronę. Kilkoma susami dopadła do miejsca, w którym stał mężczyzna w szarym kombinezonie. Niemal go wywróciła, ściskając tak mocno, że aż brakło mu tchu.
- Scott! Boże, myśleliśmy, że nie żyjesz! Jak...? To niemożliwe! Boże, jak się cieszę! Scott! - wyrzucała słowa z prędkością karabinu maszynowego, nie dając mu dojść do głosu.
Logan podchodził ostrożnie, wytężając zmysły. Z zaciśniętej pięści powoli wysunęły się trzy ostrza. Jego nozdrza podrażnił zapach ozonu. To on zobaczył małą dziewczynkę, stojącą za Scottem. Wpatrywała się w niego mieniącymi się różnokolorowo oczami.
"To nie będzie konieczne," zadudniło mu w głowie, niewątpliwie jej głosem. Podszedł bliżej. Dziewczynka uśmiechnęła się przyjaźnie. "Zaufaj mi, nie jesteśmy niebezpieczni," zmrużyła oczy. Była całkiem naga.
- Kim jesteś? - spytał, podchodząc do niej i klękając najemno kolano.
"Czy to ma jakiekolwiek znaczenie?" przechyliła główkę w lewo, przyglądając mu się uważnie.
- Oczywiście, że...
- Logan - Scott stanął obok niego. - Co ty chcesz jej zrobić tymi pazurami?
Logan schował ostrza. Wciągnął powietrze. Pomiędzy zapachem ozonu i butwiejących liści odnalazł ten, którego oczekiwał.
- To ty, Scott - powiedział, nie zmieniając pozycji.
- Nie, zajączek wielkanocny. Zostawisz ją? Ona... - przerwał Scott. Co miał powiedzieć? Że ta kilkuletnia dziewczynka właśnie go wskrzesiła?
Logan wstał i stanął z nim twarzą w twarz.
- Powinienem powiedzieć: "Miło cię znów widzieć, Scott"? - wyciągnął do niego dłoń.
- Nigdy bym w to nie uwierzył - odparł Scott, ściskając ją. Zaraz potem padli sobie w ramiona.
- Myśleliśmy, że cię straciliśmy - powiedział Logan. - Jak...?
Storm podeszła do dziewczynki. Zdjęła z siebie kurtkę i narzuciła na ramiona małej.
"To nie jest konieczne," usłyszała. Wielkie, różnokolorowe oczy podążały za dłonią, odsłaniającą włosy z jej twarzy.
- Wiem, Eden - powiedziała Storm. - Ale jeśli masz zamiar wejść do budynku, to musisz mieć coś na sobie. Ze względów etycznych, nie praktycznych.
Dziewczynka uśmiechnęła się do ciemnoskórej kobiety. Ta przytuliła ja mocno.
- Dziękuję - szepnęła w burzę śnieżnobiałych włosów.
"Proszę bardzo. Ale to dopiero początek."
- Wiem. Nawet nie masz pojęcia, jak się cieszę.
"Założysz się?" śmiech dziewczynki rozbrzmiał wewnątrz jej umysłu.
"Nie mogę jej dłużej kontrolować. Nie jestem w stanie."
Ja to zrobię.
"Nie! Nie mogę na to pozwolić. Ona nie może wiedzieć o twoim istnieniu."
Być może już wie.
"Nie. Dopóki sama się z nią nie skontaktujesz, nie będzie nawet podejrzewać, że istniejesz."
Dlaczego? Dlaczego mnie ukrywasz, Charles?
"Ponieważ... Ponieważ jesteś moją ostatnią nadzieją."
Nie rozumiem.
"Eden... po prostu bądź blisko."
Zawsze jestem.
"Dziękuję."
- Czy ona jest... niebezpieczna? - Logan stał przy oknie i przyglądał się białowłosej dziewczynce, biegającej po pokrytym zeschłymi liśćmi trawniku. - Scott?
Mężczyzna w szarym kombinezonie także spoglądał w dół, z tym, że jego oczy błądziły po trzech pomnikach. Dopiero naprawdę mocne szturchnięcie wyrwało go z zamyślenia.
- Co?
- Kim albo czym ona jest? - spytał Logan.
- Mutantem, Logan - do gabinetu weszła Storm. W rękach trzymała tacę z trzema kubkami gorącej herbaty i cukiernicą.
- Tego zdążyłem się domyślić. Zastanawiam się, w jaki sposób to dziecko...
- Potrafi wskrzesić człowieka? - dokończył Scott.
Storm postawiła tacę na stoliku.
- To jedyny mutant szóstej klasy, jakiego zlokalizował profesor. Być może jedyny na świecie - powiedziała.
- Szóstej klasy? - Logan usiadł przy stoliku. Spojrzał na parujący kubek. - Chyba nie sądzisz, że wezmę to do ust?
- Cóż, nie mamy piwa - oznajmiła Storm. - Przecież wiesz, że...
- ...to szkoła. Wiem.
- Właśnie. Wracając do tematu... Profesor opowiadał mi kiedyś o tym dziecku. Mówił, że wiąże z nim wiele planów. Że jest wyjątkowe.
- Dlaczego więc nie chciał mieć jej przy sobie?
- Nie wiem. Być może dla jej bezpieczeństwa. Pewnie chronił ją przed Magneto.
- A co mógłby jej zrobić Magneto? Powyrywać plomby z zębów?
Storm podniosła kubek do ust. Napar parzył jej język.
- Pozostaje jeszcze jedna osoba... - powiedziała półgłosem. Oboje równocześnie spojrzeli na Scotta. Zdawał się nie zwracać uwagi na tę rozmowę, wpatrzony w przestrzeń na zewnątrz. - Phoenix.
- Dlaczego...?
- Nie wiem. Zresztą... - westchnęła. - to już nieaktualne. Być może dlatego Eden się pojawiła.
- Eden? - zdziwił się Logan.
- Tak mówił o niej profesor - kiwnęła głową Storm. - Eden. Nie wiem, czy to imię, czy pseudonim. Profesor twierdził, że pojawi się w odpowiednim momencie i nam pomoże.
- Nie wspominał, jak? W jaki sposób?
- Nie... ale chyba się domyślam.