subiteveneinorem: (genius at work)
[personal profile] subiteveneinorem
    Równowaga. Natura opiera się na zasadzie równowagi. Jej istnienie zależy od zachowania tej zasady. Tej zasady nie można złamać.
 
    - Mały, wredny, demoni bękart! - syknęła Maria, kryjąc się za rogiem korytarza. Ognista kula, nie większa od pięści, przemknęła koło jej ucha. W powietrzu unosił się zapach palonych włosów. Maria zacisnęła dłoń na rękojeści sztyletu, wskazujący palec drugiej szukał spustu broni, wciąż trzymanej w futerale przy pasie.
    Zza rogu, z końca pomieszczenia dotarł do niej wysoki śmiech demona. Nagie ściany odbijały i powielały dźwięk, utrudniając dokładne ustalenie miejsca, w którym znajdowało się małe Źródło, traktujące trwający już od godziny pościg jak dobrą zabawę. Maria w duchu przeklęła zdolność wysokich demonów do posługiwania się psychiką nosiciela, co czyniło go trudniejszym do zabicia. Nie pod względem technicznym– zabicie Źródła było o wiele łatwiejsze niż zwykłego opętanego. Źródło nadal było człowiekiem.
    Ale przecież niebyło innego wyjścia.
    Maria wychyliła się na tyle, by ocenić sytuację. Gdy jej głowa znów o milimetry umknęła przed kulistym płomieniem, już kalkulowała prawdopodobieństwo. Dziewięć metrów. Dorzuciłaby, gdyby to był opętaniec. Ale nie Źródło. Srebrny sztylet utkwiłby w jej własnej piersi, gdyby go tylko wypuściła z rąk. Musi podejść bliżej. Musi je zwabić. W końcu to dziecko... częściowo.
    Z westchnieniem zdjęła dłoń z Eagle'a. Stara, dobra broń – jedyna, jaka może strzelać posrebrzanymi pociskami, wyłączając rewolwery – ale te są trudne do zdobycia. Rozprostowała palce i skupiła się na przestrzeni tuż ponad skórą. Nie mogła zamknąć oczu – demony poruszają się bezszelestnie – więc koncentracja nie była taka prosta. Co może zainteresować sześcioletnią dziewczynkę?
    Przywołała dopiero co zauważony obraz. Lalka. Dziecko miało w rękach lalkę. Może... Przyklękła i wyciągnęła wolną dłoń przed siebie. Ruchy były powolne i przemyślane, Maria dbała o każdy szczegół. Pragnęła, by dziewczynka była szczęśliwa, zanim...
    Powietrze zrobiło się nieco rzadsze. „Dzieło” zostało ukończone. Maria pchnęła je lekko za róg. Palce zacisnęły się mocniej na sztylecie. Usłyszała kroki. Dziecięce, radosne kroki. Śmiech, ten prawdziwy.
    - Popatrz, Aniu, popatrz – zaszczebiotało dziecko. - Domek! Domek dla lalek! - zatrzymała się i uklękła na zimnych kafelkach. Małymi dłońmi unosiła mebelki, do każdego uśmiechając się wesoło. Maria starała się na to nie patrzeć.
    W chwili, gdy dziewczynka kładła swoją lalkę do błękitno-różowego łóżeczka, uniosła sztylet i wbiła go pomiędzy czaszkę a pierwszy krąg, ostrzem do góry.
 
    „Boga nie ma.
    I to nie tylko tego chrześcijańskiego. Żadnego. Bóg nie istnieje.”
    Słowa amerykańskiego profesora biologii wstrząsnęły opinią publiczną. Ale na słowach się nie skończyło. Profesor miał dowody. Ukazał je światu. A świat uwierzył.
    Wtedy Bóg postanowił wziąć urlop. Dożywotni.
    Nie nastąpił koniec. Życie toczyło się dalej własnym torem. Nie było większych zmian. Na zewnątrz.
 
    - Księdzem? Co to za fanaberie?
    - Nie fanaberie. Decyzja. Przemyślana i pewna.
    - Ale przecież jesteś...
    - Kobietą, wiem.
    - Nie. Jesteś dzieckiem. Poza tym...
    Maria położyła dłoń na ramieniu matki.
    - Bóg istnieje, mamo. I ja to udowodnię.
 
    Małe ciałko przestało dygotać. Dłoń, ściśnięta w pośmiertnym skurczu, połamała plastikowe ręce lalki. Maria odwróciła się i zacisnęła zęby, wmawiając sobie, że nie było innego wyjścia. Gdyż wciąż w to nie wierzyła. Nie potrafiła.
    „Już?” usłyszała wewnątrz własnej czaszki.
    „Już.”
    Powietrze obok niej zaczęło gęstnieć. Odsunęła się kilka kroków; nie chciała znowu zostać pozbawiona części odzieży – telemateriowcy nie mogli kontrolować przekształcania materii w miejscu „lądowania”.
    - Metzger –stwierdziła, gdy bezkształtna masa przyjęła formę jej pseudomentora, wysokiego i łysego – nie ze względu na wiek, raczej doświadczenie – mężczyzny w czarnym płaszczu do ziemi. Ogólną budową i wyglądem przypominał jej Morfeusza z filmu braci Wachowskich, tyle że był biały. I pozbawiony wszelkich ludzkich uczuć.
    Chłodne, niebieskie oczy niedbale omiotły ciało, leżące w kałuży krwi. Potem przeniósł wzrok na Marię.
    - Źródło – mruknął beznamiętnym głosem. Skinęła głową. Przecież to dla niego bardziej niż oczywiste. Swąd spalonych włosów, sztylet zamiast broni, domek dla lalek, którego raczej nie powinno być w niewykończonym jeszcze skrzydle szpitalnym. Wypisane jak na dłoni. Więc po co tu w ogóle przybył?
    - Demon drugiego lub trzeciego stopnia, prawdopodobnie nie weteran. Ży...
    Metzger uniósł rękę. Maria zamilkła.
    - Weteran. Zdefiniuj określenie – zażądał.
    - Demon, który opętał to dziecko...
    - Źródło – poprawił Metzger.
    - ... to Źródło, nie był w stanie w pełni opanować odruchów ludzkich. Oznacza to, że było to jego pierwsze opętanie.
    Pokręcił głową.
    - Nonsens. Demon ginie razem ze Źródłem.
    - Udowodnij –mruknęła Maria, najwyraźniej nie dość cicho. Metzger zmarszczył brew.
    - Powtórz.
    - Nie zostało to naukowo udowodnione.
    Skrzywił się nieznacznie, tak, jak krzywimy się, gdy przypominamy sobie coś nieprzyjemnego.
    - Nonsens –powtórzył. Trącił bosą nóżkę dziecka czubkiem buta, zupełnie jakby trącał pustą puszkę na chodniku. Maria zacisnęła zęby.
    - Pozbądź się tego– nakazał i odwrócił się w przeciwną stronę. Zrobił kilka kroków i rozpłynął się w powietrzu.
    - Niech cię szlag, Metzger – wycedziła Maria, pochylając się nad ciałem. Odwróciła je i spojrzała prosto w puste, szklane oczy. Aby nie zapomnieć. Po chwili wolną dłonią – drugą wciąż ściskała sztylet – delikatnym ruchem zamknęła powieki. Z podręcznej torby przytroczonej za kaburą wyjęła małą butelkę, prawie już pustą. Odsunęła korek i zamoczywszy kciuk, uczyniła znak krzyża na czole dziecka. Odmówiła cichą modlitwę i podniósłszy się z kolan, z ciałem w ramionach ruszyła w stronę wyjścia.
    Czekał ją kolejny pogrzeb.
 
    Wszystko zmieniło się w dniu, w którym umarł ostatni Wierzący.
    Odnotowano wzmożony wzrost liczby zachorowań na schizofrenię i rozdwojenie jaźni. Okres ten nazwano Epidemią. Chorych izolowano, zamykano w dawnych kościołach i budynkach zakonnych. Były to po prostu puste przestrzenie, bez większego znaczenia, ani historycznego lub, jak mówili Wierzący – łączącego z Bogiem, sakralnego.
    Wszystkie możliwe wyjścia zostały szczelnie pozamykane a okoliczna ludność – przesiedlona. Do czasu przekonujących wyników badań Epidemia uznana została za chorobę zakaźną, kolejną niebezpieczną mutację.
    Świat ewoluuje, zapewniał Profesor. Ludzie są po prostu kolejnym ogniwem. Mutacje są nieuniknione. Należy jednak unikać tych, które nie przynoszą zysków. Tych, które nie służą ludzkości.
 
    Maria przekręciła klucz w drzwiach i w ubraniu rzuciła się na łóżko. Woda w materacu zachlupotała głucho.
    Znów – znów to samo uczucie. Wrażenie, że można było to rozegrać inaczej. Bez rozlewu krwi. Bez szklanych oczu. Bez dłoni zaciśniętej na plastikowej zabawce.
    Była wyczerpana –stworzenie domku dla lalek i kilkukrotna teleportacja, w tym jedna z podwójnym obciążeniem, pochłonęły wiele energii. Co najmniej limit na najbliższy wieczór. Teraz nie była w stanie stworzyć nawet kubka gorącej kawy, co irytowało ją jeszcze bardziej.
    Zanim zasnęła, zdążyła wysłać w eter błagalne „pić”. Planowane zakończenie „... do cholery” ugrzęzło w połowie drogi.

Profile

subiteveneinorem: (Default)
~ji.

January 2020

S M T W T F S
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627 28293031 

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags