subiteveneinorem: (cute hugh teddy)
[personal profile] subiteveneinorem
    Obudził ją przeraźliwy wrzask tuż koło ucha.
    - Przepadnij, Shan’do – mruknęła, nadludzkim wysiłkiem zmuszając rękę do zmiany pozycji i zrzucenia kota z poduszki.
    - Zobaczysz, kiedyś naprawdę ucieknie – rozległo się gdzieś z lewej. – I kto cię będzie wtedy budził?
    Maria musiała naprawdę napiąć wszystkie mięśnie, by powieka nie schowanego pod kołtunem burobrązowych drutów, zwanych pieszczotliwie jej włosami, uniosła się choć na pół centymetra.
    - Lou… cześć – spróbowała wyprodukować uśmiech, ale to, co wyszło, wystraszyło nawet kota, który schował się w ramionach kobiety siedzącej na sofie.
    - Dobry wieczór, Godzillo – Lou połechtała Shan’do pod brodą. Czarny pers odwzajemnił się mruczeniem, wbijając równocześnie garnitur pazurów w uda dobrodziejki.
    - Przymknij się z łaski swojej – Maria podciągnęła na głowę imitację kołdry.
    - No popatrz, Shan’do – powiedziała wesoło Lou, odstawiwszy zwierzaka na podłogę. Zrobiła dwa kroki i bezceremonialnie kopnęła Marię w wystający spod kołdry i opięty przyciasnymi dżinsami zadek. – Twoja druga połowa ma nas głęboko w dupie.
    - Chrzań się, Lou. Wstaję.
 
    - Jak skomplikowane jest to „skomplikowane”?
    Wzrok nauczyciela po raz kolejny powędrował ku sufitowi, błagając, by ten raczył się oberwać i zatłuc tę maszynę od pytania.
    - To zależy, panno Sticktwist – odparł zmęczonym głosem. – Transformacja pierwszego stopnia nie jest skomplikowana, jednak dla laika zna...
    - Co to jest„laik”?
 
    Nie była jak inni. Nie dlatego, że była kobietą – te w Sieci spotykało się coraz częściej. To jej wygląd i nastawienie do życia wyróżniało ją spomiędzy przesuwających się jak cienie, szarych, przypominających bardziej duchy niż ludzi, seminarzystów.
    Nigdy nie dowiedziała się, dlaczego spośród tych cieni wybrała właśnie ją.
 
    - Ciężki dzień, hę? – w szerokiej szklance zagrzechotały kostki lodu.
    - Weź nie mów… – stopy dotknęły podłogi. Cholera, zimna. Kiedy zdjęłam buty? – Czasem mam ochotę przywalić w ten kamienny pysk… Nie, właściwie to cały czas mam na to ochotę.
    Lou usiadła na blacie stołu i odrzuciła do tyłu splecione w ciasne warkoczyki włosy.
    - Powtarzasz się, potworze. Metzger?
    - Nie, zajączek wielkanocny.
    Lou podniosła do ust jedna ze stojących obok szklanek.
    - Jakby tak wyrosły mu uszy i zgrabne siekacze...
    Maria uśmiechnęła się krzywo.
    - Pogadamy, jak zdasz egzaminy.
    - Już zdałam! – Lou pokazała jej język. – Inaczej by mnie tu nie było.
    - Jakbyś nie przychodziła tu co najmniej sto razy dziennie – Maria przeczesała włosy palcami i zwlekła się z łóżka. Pierwsze kroki, zarezerwowane zwykle trasie do barku, tym razem skierowała w stronę przyjaciółki. Nie po to, by się z nią przywitać, raczej zawrzeć znajomość z zawartością stojącej obok szklanki. Shan’do ocierał się o jej nogi.
    - Szkocka.
    - Za to w końcu mnie kochasz, nie? Poza tym, jak pić, to z klasą.
 
    Rzucała się w oczy. Ciemnoskóra, w poszarpanych dżinsach i zielono-czarnej farmerskiej koszuli zawiązanej w talii. Spod zielono-żółto-czerwonej wełnianej czapki na ramiona spływała fala czarnych, cienkich warkoczyków.
    - Witaj, szara bestio – rzuciła wesoło. – Błagam, powiedz, że jesteś tu nowa.
    Maria uniosła brwi.
    - Wezmę to za „tak”– uśmiechnęła się dziewczyna i wyciągnęła rękę. – Lou.
    Maria uścisnęła podaną dłoń, produkując coś na kształt uśmiechu. Nie była nowa. „Pracowała” w Sieci od ponad roku.
    - Maria Statham.
    - Okej, bestio. A teraz do bufetu, bo zginę z głodu. I pragnienia. W końcu nie samym chlebem człowiek żyje.
 
    - Sadysta – skwitowała Maria, odstawiając szklankę. – I nie chodzi tu tylko o dzieci, ale i o mnie. On po prostu uwielbia dawać mi takie zadania. A po fakcie zjawia się jak gdyby nigdy nic, upewnia, że trup jest trupem i znika. Amen, koniec przedstawienia.
    Lou otworzyła usta, powstrzymała ją uniesioną dłonią.
    - I nie wyjeżdżaj mi z tym psychologicznym gównem. Tak, wiem, co spotkało jego żonę, wiem, co on wtedy zrobił i nie mam zamiaru mu współczuć. Kurwa, on podszedł do tego dziecka, kopnął, jakby było śmieciem i powiedział „pozbądź się tego”. Tego. Gdybym tylko mogła…
    - Gówno możesz, potworze, taka jest prawda – Lou zsunęła się ze stołu i podeszła do okna. Otworzyła je na oścież i z kieszeni jaskrawopomarańczowej kamizelki wyciągnęła skręta i odrapaną zapalniczkę. – Metzger siedzi za wysoko w hierarchii, żeby chociaż krzywo na niego spojrzeć – wsadziła papieros do ust i otworzyła zapalniczkę. Była pusta. Wyrzuciła ją przez okno i z kieszeni spodni wyciągnęła pomiętą paczkę zapałek. – A ty, choćbyś, kurwa, nie wiem jak chciała, ponad zwykłego łowcę nie wyjdziesz.
    Zaciągnęła się porządnie i wypuściła dym nosem. Shan’do wskoczył na parapet i rozgarniał półprzezroczyste kłęby łapą.
    - Gdyż porządek musi być – dokończyła i splunęła na chodnik kilka pięter niżej.
This account has disabled anonymous posting.
If you don't have an account you can create one now.
HTML doesn't work in the subject.
More info about formatting

Profile

subiteveneinorem: (Default)
~ji.

January 2020

S M T W T F S
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627 28293031 

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags