The Proof: II. Lou
Mar. 7th, 2009 08:26 pm Obudził ją przeraźliwy wrzask tuż koło ucha.
- Przepadnij, Shan’do – mruknęła, nadludzkim wysiłkiem zmuszając rękę do zmiany pozycji i zrzucenia kota z poduszki.
- Zobaczysz, kiedyś naprawdę ucieknie – rozległo się gdzieś z lewej. – I kto cię będzie wtedy budził?
Maria musiała naprawdę napiąć wszystkie mięśnie, by powieka nie schowanego pod kołtunem burobrązowych drutów, zwanych pieszczotliwie jej włosami, uniosła się choć na pół centymetra.
- Lou… cześć – spróbowała wyprodukować uśmiech, ale to, co wyszło, wystraszyło nawet kota, który schował się w ramionach kobiety siedzącej na sofie.
- Dobry wieczór, Godzillo – Lou połechtała Shan’do pod brodą. Czarny pers odwzajemnił się mruczeniem, wbijając równocześnie garnitur pazurów w uda dobrodziejki.
- Przymknij się z łaski swojej – Maria podciągnęła na głowę imitację kołdry.
- No popatrz, Shan’do – powiedziała wesoło Lou, odstawiwszy zwierzaka na podłogę. Zrobiła dwa kroki i bezceremonialnie kopnęła Marię w wystający spod kołdry i opięty przyciasnymi dżinsami zadek. – Twoja druga połowa ma nas głęboko w dupie.
- Chrzań się, Lou. Wstaję.
- Jak skomplikowane jest to „skomplikowane”?
Wzrok nauczyciela po raz kolejny powędrował ku sufitowi, błagając, by ten raczył się oberwać i zatłuc tę maszynę od pytania.
- To zależy, panno Sticktwist – odparł zmęczonym głosem. – Transformacja pierwszego stopnia nie jest skomplikowana, jednak dla laika zna...
- Co to jest„laik”?
Nie była jak inni. Nie dlatego, że była kobietą – te w Sieci spotykało się coraz częściej. To jej wygląd i nastawienie do życia wyróżniało ją spomiędzy przesuwających się jak cienie, szarych, przypominających bardziej duchy niż ludzi, seminarzystów.
Nigdy nie dowiedziała się, dlaczego spośród tych cieni wybrała właśnie ją.
- Ciężki dzień, hę? – w szerokiej szklance zagrzechotały kostki lodu.
- Weź nie mów… – stopy dotknęły podłogi. Cholera, zimna. Kiedy zdjęłam buty? – Czasem mam ochotę przywalić w ten kamienny pysk… Nie, właściwie to cały czas mam na to ochotę.
Lou usiadła na blacie stołu i odrzuciła do tyłu splecione w ciasne warkoczyki włosy.
- Powtarzasz się, potworze. Metzger?
- Nie, zajączek wielkanocny.
Lou podniosła do ust jedna ze stojących obok szklanek.
- Jakby tak wyrosły mu uszy i zgrabne siekacze...
Maria uśmiechnęła się krzywo.
- Pogadamy, jak zdasz egzaminy.
- Już zdałam! – Lou pokazała jej język. – Inaczej by mnie tu nie było.
- Jakbyś nie przychodziła tu co najmniej sto razy dziennie – Maria przeczesała włosy palcami i zwlekła się z łóżka. Pierwsze kroki, zarezerwowane zwykle trasie do barku, tym razem skierowała w stronę przyjaciółki. Nie po to, by się z nią przywitać, raczej zawrzeć znajomość z zawartością stojącej obok szklanki. Shan’do ocierał się o jej nogi.
- Szkocka.
- Za to w końcu mnie kochasz, nie? Poza tym, jak pić, to z klasą.
Rzucała się w oczy. Ciemnoskóra, w poszarpanych dżinsach i zielono-czarnej farmerskiej koszuli zawiązanej w talii. Spod zielono-żółto-czerwonej wełnianej czapki na ramiona spływała fala czarnych, cienkich warkoczyków.
- Witaj, szara bestio – rzuciła wesoło. – Błagam, powiedz, że jesteś tu nowa.
Maria uniosła brwi.
- Wezmę to za „tak”– uśmiechnęła się dziewczyna i wyciągnęła rękę. – Lou.
Maria uścisnęła podaną dłoń, produkując coś na kształt uśmiechu. Nie była nowa. „Pracowała” w Sieci od ponad roku.
- Maria Statham.
- Okej, bestio. A teraz do bufetu, bo zginę z głodu. I pragnienia. W końcu nie samym chlebem człowiek żyje.
- Sadysta – skwitowała Maria, odstawiając szklankę. – I nie chodzi tu tylko o dzieci, ale i o mnie. On po prostu uwielbia dawać mi takie zadania. A po fakcie zjawia się jak gdyby nigdy nic, upewnia, że trup jest trupem i znika. Amen, koniec przedstawienia.
Lou otworzyła usta, powstrzymała ją uniesioną dłonią.
- I nie wyjeżdżaj mi z tym psychologicznym gównem. Tak, wiem, co spotkało jego żonę, wiem, co on wtedy zrobił i nie mam zamiaru mu współczuć. Kurwa, on podszedł do tego dziecka, kopnął, jakby było śmieciem i powiedział „pozbądź się tego”. Tego. Gdybym tylko mogła…
- Gówno możesz, potworze, taka jest prawda – Lou zsunęła się ze stołu i podeszła do okna. Otworzyła je na oścież i z kieszeni jaskrawopomarańczowej kamizelki wyciągnęła skręta i odrapaną zapalniczkę. – Metzger siedzi za wysoko w hierarchii, żeby chociaż krzywo na niego spojrzeć – wsadziła papieros do ust i otworzyła zapalniczkę. Była pusta. Wyrzuciła ją przez okno i z kieszeni spodni wyciągnęła pomiętą paczkę zapałek. – A ty, choćbyś, kurwa, nie wiem jak chciała, ponad zwykłego łowcę nie wyjdziesz.
Zaciągnęła się porządnie i wypuściła dym nosem. Shan’do wskoczył na parapet i rozgarniał półprzezroczyste kłęby łapą.
- Gdyż porządek musi być – dokończyła i splunęła na chodnik kilka pięter niżej.
- Przepadnij, Shan’do – mruknęła, nadludzkim wysiłkiem zmuszając rękę do zmiany pozycji i zrzucenia kota z poduszki.
- Zobaczysz, kiedyś naprawdę ucieknie – rozległo się gdzieś z lewej. – I kto cię będzie wtedy budził?
Maria musiała naprawdę napiąć wszystkie mięśnie, by powieka nie schowanego pod kołtunem burobrązowych drutów, zwanych pieszczotliwie jej włosami, uniosła się choć na pół centymetra.
- Lou… cześć – spróbowała wyprodukować uśmiech, ale to, co wyszło, wystraszyło nawet kota, który schował się w ramionach kobiety siedzącej na sofie.
- Dobry wieczór, Godzillo – Lou połechtała Shan’do pod brodą. Czarny pers odwzajemnił się mruczeniem, wbijając równocześnie garnitur pazurów w uda dobrodziejki.
- Przymknij się z łaski swojej – Maria podciągnęła na głowę imitację kołdry.
- No popatrz, Shan’do – powiedziała wesoło Lou, odstawiwszy zwierzaka na podłogę. Zrobiła dwa kroki i bezceremonialnie kopnęła Marię w wystający spod kołdry i opięty przyciasnymi dżinsami zadek. – Twoja druga połowa ma nas głęboko w dupie.
- Chrzań się, Lou. Wstaję.
- Jak skomplikowane jest to „skomplikowane”?
Wzrok nauczyciela po raz kolejny powędrował ku sufitowi, błagając, by ten raczył się oberwać i zatłuc tę maszynę od pytania.
- To zależy, panno Sticktwist – odparł zmęczonym głosem. – Transformacja pierwszego stopnia nie jest skomplikowana, jednak dla laika zna...
- Co to jest„laik”?
Nie była jak inni. Nie dlatego, że była kobietą – te w Sieci spotykało się coraz częściej. To jej wygląd i nastawienie do życia wyróżniało ją spomiędzy przesuwających się jak cienie, szarych, przypominających bardziej duchy niż ludzi, seminarzystów.
Nigdy nie dowiedziała się, dlaczego spośród tych cieni wybrała właśnie ją.
- Ciężki dzień, hę? – w szerokiej szklance zagrzechotały kostki lodu.
- Weź nie mów… – stopy dotknęły podłogi. Cholera, zimna. Kiedy zdjęłam buty? – Czasem mam ochotę przywalić w ten kamienny pysk… Nie, właściwie to cały czas mam na to ochotę.
Lou usiadła na blacie stołu i odrzuciła do tyłu splecione w ciasne warkoczyki włosy.
- Powtarzasz się, potworze. Metzger?
- Nie, zajączek wielkanocny.
Lou podniosła do ust jedna ze stojących obok szklanek.
- Jakby tak wyrosły mu uszy i zgrabne siekacze...
Maria uśmiechnęła się krzywo.
- Pogadamy, jak zdasz egzaminy.
- Już zdałam! – Lou pokazała jej język. – Inaczej by mnie tu nie było.
- Jakbyś nie przychodziła tu co najmniej sto razy dziennie – Maria przeczesała włosy palcami i zwlekła się z łóżka. Pierwsze kroki, zarezerwowane zwykle trasie do barku, tym razem skierowała w stronę przyjaciółki. Nie po to, by się z nią przywitać, raczej zawrzeć znajomość z zawartością stojącej obok szklanki. Shan’do ocierał się o jej nogi.
- Szkocka.
- Za to w końcu mnie kochasz, nie? Poza tym, jak pić, to z klasą.
Rzucała się w oczy. Ciemnoskóra, w poszarpanych dżinsach i zielono-czarnej farmerskiej koszuli zawiązanej w talii. Spod zielono-żółto-czerwonej wełnianej czapki na ramiona spływała fala czarnych, cienkich warkoczyków.
- Witaj, szara bestio – rzuciła wesoło. – Błagam, powiedz, że jesteś tu nowa.
Maria uniosła brwi.
- Wezmę to za „tak”– uśmiechnęła się dziewczyna i wyciągnęła rękę. – Lou.
Maria uścisnęła podaną dłoń, produkując coś na kształt uśmiechu. Nie była nowa. „Pracowała” w Sieci od ponad roku.
- Maria Statham.
- Okej, bestio. A teraz do bufetu, bo zginę z głodu. I pragnienia. W końcu nie samym chlebem człowiek żyje.
- Sadysta – skwitowała Maria, odstawiając szklankę. – I nie chodzi tu tylko o dzieci, ale i o mnie. On po prostu uwielbia dawać mi takie zadania. A po fakcie zjawia się jak gdyby nigdy nic, upewnia, że trup jest trupem i znika. Amen, koniec przedstawienia.
Lou otworzyła usta, powstrzymała ją uniesioną dłonią.
- I nie wyjeżdżaj mi z tym psychologicznym gównem. Tak, wiem, co spotkało jego żonę, wiem, co on wtedy zrobił i nie mam zamiaru mu współczuć. Kurwa, on podszedł do tego dziecka, kopnął, jakby było śmieciem i powiedział „pozbądź się tego”. Tego. Gdybym tylko mogła…
- Gówno możesz, potworze, taka jest prawda – Lou zsunęła się ze stołu i podeszła do okna. Otworzyła je na oścież i z kieszeni jaskrawopomarańczowej kamizelki wyciągnęła skręta i odrapaną zapalniczkę. – Metzger siedzi za wysoko w hierarchii, żeby chociaż krzywo na niego spojrzeć – wsadziła papieros do ust i otworzyła zapalniczkę. Była pusta. Wyrzuciła ją przez okno i z kieszeni spodni wyciągnęła pomiętą paczkę zapałek. – A ty, choćbyś, kurwa, nie wiem jak chciała, ponad zwykłego łowcę nie wyjdziesz.
Zaciągnęła się porządnie i wypuściła dym nosem. Shan’do wskoczył na parapet i rozgarniał półprzezroczyste kłęby łapą.
- Gdyż porządek musi być – dokończyła i splunęła na chodnik kilka pięter niżej.