The Proof: III. Metzger
Mar. 7th, 2009 08:27 pm Nienawidziła tych małych, klaustrofobicznych pokoi bez okien, oświetlanych jarzeniówkami i mdłym blaskiem monitorów. Bezpłciowych, szarych ścian i czarnych mebli, a właściwie mebla –zajmującego dwie ściany segmentowego biurka, na którym stały dwie jednostki centralne wielkości pudeł po telewizorach kineskopowych, pozbawione obudów w celu lepszego chłodzenia. Rozmieszczone w równych odstępach monitory pokazywały kolejno: obraz z kamery internetowej umieszczonej nad drzwiami od strony korytarza, zdjęcia częściowo zawalonego budynku z czerwonej cegły, plany tego budynku i pulpit zapełniony ikonami, spod których uśmiechała się lubieżnie ubrana jedynie w kostium kąpielowy bohaterka jakiegoś japońskiego anime.
Pomiędzy tymi monitorami, na obrotowym krześle, kursował Tim Checkers, szczupły, dwudziestokilkuletni blondyn w koszulce Hard Rock Cafe i ciemnych sztruksach. Zielone oczy w końcu skupiły się na Marii i Lou.
- Hej – uśmiechnął się i zaraz wrócił do rysowania za pomocą tabletu czerwonych linii i podpisywania ich zgrabnym, technicznym pismem na planach wyświetlanych na monitorze, by pół minuty później znaleźć się przy automacie do kawy na drugim końcu pomieszczenia. – Napijecie się?
Nie czekając na odpowiedź, napełnił cztery jednorazowe kubki i wypił jeden duszkiem. Potem z dwoma podjechał do Marii i Lou, wcisnął im je w dłonie, wrócił po czwarty i znów siedział przy monitorze z planem. Maria otworzyła usta.
- Obserwator wykrył kolejne gniazdo opętanych – uprzedził pytanie Tim, ręką z kubkiem wskazując ekran. –Sierociniec na przedmieściach.
Maria głośno wciągnęła powietrze.
- Zabiję sukinsyna.
Z uśmiechem na twarzy stał w drzwiach sypialni. Wzrokiem wodził po wzburzonym morzu rozsypanych na poduszce brązowych włosów, delikatnych rysach owalnej twarzy, wyraźnie zaokrąglonemu brzuchowi pod ciemnogranatową pościelą. Mary odłożyła książkę i uśmiechnęła się promiennie. W orzechowych oczach zatańczyły wesołe iskierki.
- Mówi, że bez piosenki nie zaśnie – powiedział, siadając na brzegu łóżka. Mary westchnęła i uniosła się na łokciach.
- Nie mogłeś jej zaśpiewać?
- Nie chciała. Bo to piosenka Mary.
- Dla niego – ujęła jego dłoń i położyła na brzuchu. – ułożysz piosenkę Jake’a.
- Ułożę – pocałował ją w czubek nosa. Zachichotała jak pensjonarka i zgrabnie, pomimo kilkunastu dodatkowych kilogramów, wywinęła się z próbujących ją uścisnąć ramion i wstała z łóżka. Półprzezroczysta koszula nocna zalśniła perłowo.
- Zaraz wracam – puściła do niego oko i zniknęła w ciemnym korytarzu.
- Raport dotarł dziś rano. Jeden z szeregowych obserwatorów rejonu północno-wschodniego wyczuł zmianę w poziomie energii i to dość znaczną – Tim z zadziwiającą prędkością wstukiwał tekst na klawiaturze. Jedna z drukarek stojących pod biurkiem zabuczała i zaczęła wypluwać kartki. – Wystarczyłoby dla co najmniej pięciu Źródeł.
- Ale wspomniałeś tylko o opętanych – Lou podjęła jedną z wydrukowanych stron, zapełnioną tekstem i diagramami.
- Ani w budynku, ani w okolicy jak dotąd nie zarejestrowano użycia sił wykraczających poza możliwości demona pierwszego stopnia.
Maria postawiła nienaruszoną kawę obok automatu – nigdy nie była pewna, czy oprócz kofeiny nie znajdzie tam czegoś mocniejszego; Tim był pracoholikiem i nie wierzyła, by wytrzymywał tu tylko dzięki kawie i fast foodom. Podeszła do jednego z monitorów i przyjrzała się zdjęciu.
- Czyli będzie ich więcej.
- Najprawdopodobniej bezdomni –Tim wcisnął kombinację „ctrl+s” i odwrócił się do Marii. – Budynek przeznaczono do rozbiórki na pojutrze. Termin nie do negocjacji. Problem polega na tym, że bez pewnych informacji nie możemy się tym zająć. I tak mamy kupę roboty poza miastem...
- Czyli rekonesans? – Lou podjęła spory plik papierów. – Co to?
- Potrzebne informacje. Metzger powiedział, że nie ma zamiaru iść w teren z niedoinformowanymi młodzikami.
- Świetnie – syknęła Maria przez zaciśnięte zęby.
Najpierw usłyszał krzyk Devin. Nie był to płacz rozzłoszczonego dziecka. Odruchowo wyszarpnął dolną szufladę nocnego stolika i chwycił Magnum 44. Serce waliło jak oszalałe.
Już na korytarzu do jego uszu dotarł dźwięk, nuta na pograniczu słyszalności. Wwiercała się w mózg, niemal powalając go na kolana w połowie drogi. Oparł się o ścianę, i wziął głęboki wdech; obie dłonie zacisnął na broni. Jeszcze jeden krok... Gdzie jest Mary?
Stanął w drzwiach pokoju Devin z rękami wyprostowanymi na wysokości oczu, gotów zabić. Niebieskie oczy rozwarły się szeroko; nie mógł im uwierzyć.
- Nie – wyrwało mu się z ust.
To nie ona!
Krzyk córki i płomienie tańczące po dywanie i zasłonach w kolorowe balony zmusiły go do działania. Rzucił się w stronę skulonej na łóżku Devin. Zrzucił zaczynającą się tlić kołdrę i chwycił dziecko wpół. Mała schowała twarz w jego ramię i zakryła oczy dłońmi. Drżała. Przytulił ją mocniej i zmusił się do spojrzenia w stronę okna.
Unosiła się kilkanaście centymetrów nad podłogą; patrzyła wprost na niego. Jej oczy nie były już orzechowe i iskrzące. Przypominały dwie czarne niczym węgiel perły. Włosy i koszula nocna płonęły, nie parząc skóry. Usta rozchyliły się i skrzywiły w sardonicznym uśmiechu. Wydała przeciągły jęk; barwa głosu przechodziła z tonów wysokich w niskie i z powrotem. Wyciągnęła do niego ręce; dłonie przypominały rozżarzone do czerwoności żelazo. Cofnął się do tyłu i potknął o coś ostrego. Klocki. Próbował wstać, jednak z dzieckiem w jednej ręce i bronią w drugiej zdawało się to być niemożliwym do wykonania.
- Mary... proszę – szepnął.
Zatrzymała się. Przekrzywiła głowę w bok, przyglądając mu się jak interesującemu okazowi na wystawie. Wyraz twarzy nieco złagodniał.
Devin zakwiliła cicho.
Maria wysiadła z samochodu i obrzuciła teren zaniepokojonym spojrzeniem. Nie sądziła, że może być gorzej niż na zdjęciach. Być może brak słońca, które wraz z nadchodzącą zimą coraz rzadziej zaszczycało okolicę swoją obecnością, oraz niemal nagie drzewa, nieuwzględnione na fotografii, potęgowały uczucie pustki, jakie przytłaczało jej pierś.
Dopiero po dłuższej chwili wyczuła to, o czym wspominał Tim. Czysta energia pulsowała w powietrzu w rytmie uderzeń jej – jeszcze spokojnego – serca.
- Jest... mrocznie – skwitowała Lou, poprawiając bawełniane rękawiczki z palcami we wszystkich kolorach tęczy. Na tle szaroburego krajobrazu przypominała gigantyczny słonecznik, w zielonych spodniach, żółtej kurtce i brązowym kapeluszu. Maria mimowolnie się uśmiechnęła.
Te odrobinę dobrego nastroju wypłoszyła wysoka sylwetka Metzgera. Stanął pomiędzy nią a Lou, ubrany w ciemnobrązową skórzaną kurtkę z kapturem, podbitą czymś przypominającym owczą wełnę, do tego dopasowane kolorem spodnie i buty. Zmierzył budynek chłodnym spojrzeniem niebieskich oczu i ruszył ku wejściu. Maria, chcąc nie chcąc, podążyła za nim, tak samo Lou.
Drzwi, a raczej to, co z nich zostało, załatane nieudolnie i w pośpiechu sklejką i szmatami, nie chciały współpracować. Metzger przeciągnął po nich ręką i rozpłynęły, a raczej zamieniły się w powietrze. Slalomując pomiędzy deskami, ramami okien, pustymi butelkami i plamami burej brei, której składniki aż nazbyt dokładnie można było rozpoznać po zapachu, dotarli do głównego holu, gdzie, jak zaplanował Metzger, mieli się rozdzielić. On sam od razu zaczął wspinać się na schody prowadzące do sypialń. Maria i Lou odczekały, aż zniknie na półpiętrze.
- Masz zamiar włóczyć się sama? –bardziej stwierdziła, niż spytała Lou.
- Marzę o tym – mruknęła Maria, próbując ogarnąć wzrokiem ginący w mroku korytarz prowadzący do zawalonej części budynku, gdzie miała się udać. – Już dawno postanowiłam pożegnać się zżyciem.
- Tak myślałam – wyszczerzyła śnieżnobiałe zęby Lou.
Ramię w ramię ruszyły w głąb korytarza, starając się nie wydawać żadnego dźwięku i nasłuchując, czy wokół nich nie czai się żadne piekielne stworzenie. Maria wyciągnęła z kieszeni latarkę i omiotła diodowym światłem pierwsze boczne pomieszczenie. Kocie oczy odbiły promienie. Ogromny, bury kocur zasyczał ostrzegawczo i zniknął pod zwaliskiem połamanych stołów i krzeseł. Stołówka, pomyślała Maria.
- Nie sądzisz, że Shan’do przydałby się towarzysz? – mruknęła Lou, przekraczając próg, z jedną ręką na Beretcie. W przeciwieństwie do Eagle’a, nie można było z niej strzelać srebrem. Nie wiedzieć czemu, Lou nie lubiła stosować tego typu amunicji. Wszystkie pytania zbywała półsłówkami. Maria mogła się tylko domyślać, dlaczego. –Ewentualnie towarzyszka?
- Nie sądzę – odparła Maria, powoli przesuwając okrąg światła po podłodze. – Ostatni kot wylądował w lecznicy z niemal przepołowionym nosem. Shan’do nie znosi konkurencji.
- Zaborczy facet – uśmiechnęła się Lou, wodząc wzrokiem za światłem.
- Znowu zaczynasz? – jęknęła Maria.
- Cooo? – prawdopodobnie miało to zabrzmieć niewinnie.
- Bez względu na to, którego greckiego boga przypomina ci tym razem, nie mam zamiaru się z nim spotkać. Nie chcę nawet wiedzieć, jak się nazywa.
- Ale...
- Nie ma „ale” – mruknęła Maria.– Lou, nie mam na to...
- Nie ruszaj się – szepnęła Lou.
- Co...? – zaczęła Maria, nieruchomiejąc.
- Ćśśś...
Przeciągły wizg, przypominający próbę wciągnięcia powietrza zakatarzonym nosem albo cichsze wydanie gwizdka od czajnika. Opętany.
Dlaczego nie wyczuła jego obecności?
„W dół,” usłyszała wewnątrz czaszki głos Lou, powoli wysuwającej Berettę z kabury. „W dół i w lewo,” dłoń w kolorowej rękawiczce pewnie zacisnęła się na broni, wskazujący palec spoczął na spuście. „Teraz.”
Maria rzuciła się na podłogę i przeturlała w lewo, jednocześnie wyciągając Eagle’a i wypróżniając pół magazynku w miejsce, w którym znajdowała się chwilę wcześniej.
Niepotrzebnie.
Lou stała sztywno, z ręką wyprostowaną, jakby mierzyła do celu. Ale cel już został trafiony.
Pomiędzy czarnymi oczami wykwitła równie ciemna dziura. Nieogolona, pomarszczona twarz ubranego w poszarpaną puchówkę i robocze spodnie mężczyzny skrzywiła się w przypominającym bolesny grymasie. Ciało osunęło się na kupę gazet i szmat z głuchym hukiem.
- Środek tarczy – powiedziała Lou z ponurą satysfakcją w głosie, opuszczając rękę.
- Jak zwykle – mruknęła Maria, podnosząc się z posadzki. Z braku światła nie mogła ocenić skali zniszczeń, ale czuła, że plecy ma przemięknięte a gdy przeciągnęła ręka po dole pleców, palce zlepiła ta sama breja, którą widziały przy wejściu.
Przed oczami śmignęło jej coś czerwonego. Światełko zniknęło gdzieś za nią. Odwróciła się i upadła na podłogę. Pomieszczenie z ciemnego stało się całkiem czarne.
Z jej ust wydobył się krótki jęk. Zamrugała kilkakrotnie. Przez moment wydawało mu się, że jej oczy znów przybrały orzechowy kolor. Przez moment...
Rzuciła się na niego z nieludzkim wrzaskiem, wyciągając ręce przypominające szpony. Devin przylgnęła do niego całym ciałem.
Podniósł rękę, zamknął oczy i pociągnął za spust.
Krzyk zamilkł natychmiast. Upuścił broń i obiema rękami przycisnął do siebie córkę. Powoli wypuścił z płuc powietrze. Usłyszał – i poczuł – jak bezwładne ciało upadło na miękki dywan. Przygnieciona pluszowa zabawka zaczęła odgrywać zapisaną wewnątrz kołysankę.
Z nienaturalnym spokojem wstał i odwrócił się tyłem. Przy akompaniamencie dziecięcej melodii i trzaskającego ognia podniósł rewolwer. Z półki obok łóżka zdjął koc i okrył nim Devin. Wyszedł z pokoju i zamknął drzwi. W sypialni posadził małą na łóżku i zaczął pakować torbę.
- Mama? – spytała cicho Devin.
Spojrzał na nią. Wpatrywała się w niego ogromnymi, zaczerwienionymi oczami. Jego oczami. Położył torbę na podłodze i uklęknął przed dzieckiem.
- To nie była mama, kochanie – przeczesał palcami jasnobrązowe włoski. – Mama wyjechała wieczorem.
- Czemu?
- Po braciszka – starał się panować nad drżeniem głosu. – Po najśliczniejszego i najgrzeczniejszego braciszka na świecie. Specjalnie dla ciebie.
Zwinęła dłoń w piąstkę i wytarła jedno oko.
- Wróci? – spytała z nadzieją w głosie.
Przytulił ją do siebie. Niechciał, by widziała, że płacze. Drobne ramiona zarzuciła mu na szyję.
- Wróci – szepnął.
Syreny, przytłumione przez mury mijanych budynków i szum deszczu, nuciły monotonną pieśń, hołd zniszczenia. Jacob Metzger, z torbą na jednym ramieniu i dzieckiem w uścisku drugiego, brnął przez ulicę ku osiedlowemu parkingowi. Czarny lakier nowego Audi odbijał łunę pożaru. Wyłączany alarm zaświergotał żałośnie.
Posadził córkę w foteliku i zapiął pasy. Mała wymamrotała w półśnie coś niezrozumiałego. Sam siadł za kierownicą i rzucił torbę na siedzenie pasażera.
Pomiędzy tymi monitorami, na obrotowym krześle, kursował Tim Checkers, szczupły, dwudziestokilkuletni blondyn w koszulce Hard Rock Cafe i ciemnych sztruksach. Zielone oczy w końcu skupiły się na Marii i Lou.
- Hej – uśmiechnął się i zaraz wrócił do rysowania za pomocą tabletu czerwonych linii i podpisywania ich zgrabnym, technicznym pismem na planach wyświetlanych na monitorze, by pół minuty później znaleźć się przy automacie do kawy na drugim końcu pomieszczenia. – Napijecie się?
Nie czekając na odpowiedź, napełnił cztery jednorazowe kubki i wypił jeden duszkiem. Potem z dwoma podjechał do Marii i Lou, wcisnął im je w dłonie, wrócił po czwarty i znów siedział przy monitorze z planem. Maria otworzyła usta.
- Obserwator wykrył kolejne gniazdo opętanych – uprzedził pytanie Tim, ręką z kubkiem wskazując ekran. –Sierociniec na przedmieściach.
Maria głośno wciągnęła powietrze.
- Zabiję sukinsyna.
Z uśmiechem na twarzy stał w drzwiach sypialni. Wzrokiem wodził po wzburzonym morzu rozsypanych na poduszce brązowych włosów, delikatnych rysach owalnej twarzy, wyraźnie zaokrąglonemu brzuchowi pod ciemnogranatową pościelą. Mary odłożyła książkę i uśmiechnęła się promiennie. W orzechowych oczach zatańczyły wesołe iskierki.
- Mówi, że bez piosenki nie zaśnie – powiedział, siadając na brzegu łóżka. Mary westchnęła i uniosła się na łokciach.
- Nie mogłeś jej zaśpiewać?
- Nie chciała. Bo to piosenka Mary.
- Dla niego – ujęła jego dłoń i położyła na brzuchu. – ułożysz piosenkę Jake’a.
- Ułożę – pocałował ją w czubek nosa. Zachichotała jak pensjonarka i zgrabnie, pomimo kilkunastu dodatkowych kilogramów, wywinęła się z próbujących ją uścisnąć ramion i wstała z łóżka. Półprzezroczysta koszula nocna zalśniła perłowo.
- Zaraz wracam – puściła do niego oko i zniknęła w ciemnym korytarzu.
- Raport dotarł dziś rano. Jeden z szeregowych obserwatorów rejonu północno-wschodniego wyczuł zmianę w poziomie energii i to dość znaczną – Tim z zadziwiającą prędkością wstukiwał tekst na klawiaturze. Jedna z drukarek stojących pod biurkiem zabuczała i zaczęła wypluwać kartki. – Wystarczyłoby dla co najmniej pięciu Źródeł.
- Ale wspomniałeś tylko o opętanych – Lou podjęła jedną z wydrukowanych stron, zapełnioną tekstem i diagramami.
- Ani w budynku, ani w okolicy jak dotąd nie zarejestrowano użycia sił wykraczających poza możliwości demona pierwszego stopnia.
Maria postawiła nienaruszoną kawę obok automatu – nigdy nie była pewna, czy oprócz kofeiny nie znajdzie tam czegoś mocniejszego; Tim był pracoholikiem i nie wierzyła, by wytrzymywał tu tylko dzięki kawie i fast foodom. Podeszła do jednego z monitorów i przyjrzała się zdjęciu.
- Czyli będzie ich więcej.
- Najprawdopodobniej bezdomni –Tim wcisnął kombinację „ctrl+s” i odwrócił się do Marii. – Budynek przeznaczono do rozbiórki na pojutrze. Termin nie do negocjacji. Problem polega na tym, że bez pewnych informacji nie możemy się tym zająć. I tak mamy kupę roboty poza miastem...
- Czyli rekonesans? – Lou podjęła spory plik papierów. – Co to?
- Potrzebne informacje. Metzger powiedział, że nie ma zamiaru iść w teren z niedoinformowanymi młodzikami.
- Świetnie – syknęła Maria przez zaciśnięte zęby.
Najpierw usłyszał krzyk Devin. Nie był to płacz rozzłoszczonego dziecka. Odruchowo wyszarpnął dolną szufladę nocnego stolika i chwycił Magnum 44. Serce waliło jak oszalałe.
Już na korytarzu do jego uszu dotarł dźwięk, nuta na pograniczu słyszalności. Wwiercała się w mózg, niemal powalając go na kolana w połowie drogi. Oparł się o ścianę, i wziął głęboki wdech; obie dłonie zacisnął na broni. Jeszcze jeden krok... Gdzie jest Mary?
Stanął w drzwiach pokoju Devin z rękami wyprostowanymi na wysokości oczu, gotów zabić. Niebieskie oczy rozwarły się szeroko; nie mógł im uwierzyć.
- Nie – wyrwało mu się z ust.
To nie ona!
Krzyk córki i płomienie tańczące po dywanie i zasłonach w kolorowe balony zmusiły go do działania. Rzucił się w stronę skulonej na łóżku Devin. Zrzucił zaczynającą się tlić kołdrę i chwycił dziecko wpół. Mała schowała twarz w jego ramię i zakryła oczy dłońmi. Drżała. Przytulił ją mocniej i zmusił się do spojrzenia w stronę okna.
Unosiła się kilkanaście centymetrów nad podłogą; patrzyła wprost na niego. Jej oczy nie były już orzechowe i iskrzące. Przypominały dwie czarne niczym węgiel perły. Włosy i koszula nocna płonęły, nie parząc skóry. Usta rozchyliły się i skrzywiły w sardonicznym uśmiechu. Wydała przeciągły jęk; barwa głosu przechodziła z tonów wysokich w niskie i z powrotem. Wyciągnęła do niego ręce; dłonie przypominały rozżarzone do czerwoności żelazo. Cofnął się do tyłu i potknął o coś ostrego. Klocki. Próbował wstać, jednak z dzieckiem w jednej ręce i bronią w drugiej zdawało się to być niemożliwym do wykonania.
- Mary... proszę – szepnął.
Zatrzymała się. Przekrzywiła głowę w bok, przyglądając mu się jak interesującemu okazowi na wystawie. Wyraz twarzy nieco złagodniał.
Devin zakwiliła cicho.
Maria wysiadła z samochodu i obrzuciła teren zaniepokojonym spojrzeniem. Nie sądziła, że może być gorzej niż na zdjęciach. Być może brak słońca, które wraz z nadchodzącą zimą coraz rzadziej zaszczycało okolicę swoją obecnością, oraz niemal nagie drzewa, nieuwzględnione na fotografii, potęgowały uczucie pustki, jakie przytłaczało jej pierś.
Dopiero po dłuższej chwili wyczuła to, o czym wspominał Tim. Czysta energia pulsowała w powietrzu w rytmie uderzeń jej – jeszcze spokojnego – serca.
- Jest... mrocznie – skwitowała Lou, poprawiając bawełniane rękawiczki z palcami we wszystkich kolorach tęczy. Na tle szaroburego krajobrazu przypominała gigantyczny słonecznik, w zielonych spodniach, żółtej kurtce i brązowym kapeluszu. Maria mimowolnie się uśmiechnęła.
Te odrobinę dobrego nastroju wypłoszyła wysoka sylwetka Metzgera. Stanął pomiędzy nią a Lou, ubrany w ciemnobrązową skórzaną kurtkę z kapturem, podbitą czymś przypominającym owczą wełnę, do tego dopasowane kolorem spodnie i buty. Zmierzył budynek chłodnym spojrzeniem niebieskich oczu i ruszył ku wejściu. Maria, chcąc nie chcąc, podążyła za nim, tak samo Lou.
Drzwi, a raczej to, co z nich zostało, załatane nieudolnie i w pośpiechu sklejką i szmatami, nie chciały współpracować. Metzger przeciągnął po nich ręką i rozpłynęły, a raczej zamieniły się w powietrze. Slalomując pomiędzy deskami, ramami okien, pustymi butelkami i plamami burej brei, której składniki aż nazbyt dokładnie można było rozpoznać po zapachu, dotarli do głównego holu, gdzie, jak zaplanował Metzger, mieli się rozdzielić. On sam od razu zaczął wspinać się na schody prowadzące do sypialń. Maria i Lou odczekały, aż zniknie na półpiętrze.
- Masz zamiar włóczyć się sama? –bardziej stwierdziła, niż spytała Lou.
- Marzę o tym – mruknęła Maria, próbując ogarnąć wzrokiem ginący w mroku korytarz prowadzący do zawalonej części budynku, gdzie miała się udać. – Już dawno postanowiłam pożegnać się zżyciem.
- Tak myślałam – wyszczerzyła śnieżnobiałe zęby Lou.
Ramię w ramię ruszyły w głąb korytarza, starając się nie wydawać żadnego dźwięku i nasłuchując, czy wokół nich nie czai się żadne piekielne stworzenie. Maria wyciągnęła z kieszeni latarkę i omiotła diodowym światłem pierwsze boczne pomieszczenie. Kocie oczy odbiły promienie. Ogromny, bury kocur zasyczał ostrzegawczo i zniknął pod zwaliskiem połamanych stołów i krzeseł. Stołówka, pomyślała Maria.
- Nie sądzisz, że Shan’do przydałby się towarzysz? – mruknęła Lou, przekraczając próg, z jedną ręką na Beretcie. W przeciwieństwie do Eagle’a, nie można było z niej strzelać srebrem. Nie wiedzieć czemu, Lou nie lubiła stosować tego typu amunicji. Wszystkie pytania zbywała półsłówkami. Maria mogła się tylko domyślać, dlaczego. –Ewentualnie towarzyszka?
- Nie sądzę – odparła Maria, powoli przesuwając okrąg światła po podłodze. – Ostatni kot wylądował w lecznicy z niemal przepołowionym nosem. Shan’do nie znosi konkurencji.
- Zaborczy facet – uśmiechnęła się Lou, wodząc wzrokiem za światłem.
- Znowu zaczynasz? – jęknęła Maria.
- Cooo? – prawdopodobnie miało to zabrzmieć niewinnie.
- Bez względu na to, którego greckiego boga przypomina ci tym razem, nie mam zamiaru się z nim spotkać. Nie chcę nawet wiedzieć, jak się nazywa.
- Ale...
- Nie ma „ale” – mruknęła Maria.– Lou, nie mam na to...
- Nie ruszaj się – szepnęła Lou.
- Co...? – zaczęła Maria, nieruchomiejąc.
- Ćśśś...
Przeciągły wizg, przypominający próbę wciągnięcia powietrza zakatarzonym nosem albo cichsze wydanie gwizdka od czajnika. Opętany.
Dlaczego nie wyczuła jego obecności?
„W dół,” usłyszała wewnątrz czaszki głos Lou, powoli wysuwającej Berettę z kabury. „W dół i w lewo,” dłoń w kolorowej rękawiczce pewnie zacisnęła się na broni, wskazujący palec spoczął na spuście. „Teraz.”
Maria rzuciła się na podłogę i przeturlała w lewo, jednocześnie wyciągając Eagle’a i wypróżniając pół magazynku w miejsce, w którym znajdowała się chwilę wcześniej.
Niepotrzebnie.
Lou stała sztywno, z ręką wyprostowaną, jakby mierzyła do celu. Ale cel już został trafiony.
Pomiędzy czarnymi oczami wykwitła równie ciemna dziura. Nieogolona, pomarszczona twarz ubranego w poszarpaną puchówkę i robocze spodnie mężczyzny skrzywiła się w przypominającym bolesny grymasie. Ciało osunęło się na kupę gazet i szmat z głuchym hukiem.
- Środek tarczy – powiedziała Lou z ponurą satysfakcją w głosie, opuszczając rękę.
- Jak zwykle – mruknęła Maria, podnosząc się z posadzki. Z braku światła nie mogła ocenić skali zniszczeń, ale czuła, że plecy ma przemięknięte a gdy przeciągnęła ręka po dole pleców, palce zlepiła ta sama breja, którą widziały przy wejściu.
Przed oczami śmignęło jej coś czerwonego. Światełko zniknęło gdzieś za nią. Odwróciła się i upadła na podłogę. Pomieszczenie z ciemnego stało się całkiem czarne.
Z jej ust wydobył się krótki jęk. Zamrugała kilkakrotnie. Przez moment wydawało mu się, że jej oczy znów przybrały orzechowy kolor. Przez moment...
Rzuciła się na niego z nieludzkim wrzaskiem, wyciągając ręce przypominające szpony. Devin przylgnęła do niego całym ciałem.
Podniósł rękę, zamknął oczy i pociągnął za spust.
Krzyk zamilkł natychmiast. Upuścił broń i obiema rękami przycisnął do siebie córkę. Powoli wypuścił z płuc powietrze. Usłyszał – i poczuł – jak bezwładne ciało upadło na miękki dywan. Przygnieciona pluszowa zabawka zaczęła odgrywać zapisaną wewnątrz kołysankę.
Z nienaturalnym spokojem wstał i odwrócił się tyłem. Przy akompaniamencie dziecięcej melodii i trzaskającego ognia podniósł rewolwer. Z półki obok łóżka zdjął koc i okrył nim Devin. Wyszedł z pokoju i zamknął drzwi. W sypialni posadził małą na łóżku i zaczął pakować torbę.
- Mama? – spytała cicho Devin.
Spojrzał na nią. Wpatrywała się w niego ogromnymi, zaczerwienionymi oczami. Jego oczami. Położył torbę na podłodze i uklęknął przed dzieckiem.
- To nie była mama, kochanie – przeczesał palcami jasnobrązowe włoski. – Mama wyjechała wieczorem.
- Czemu?
- Po braciszka – starał się panować nad drżeniem głosu. – Po najśliczniejszego i najgrzeczniejszego braciszka na świecie. Specjalnie dla ciebie.
Zwinęła dłoń w piąstkę i wytarła jedno oko.
- Wróci? – spytała z nadzieją w głosie.
Przytulił ją do siebie. Niechciał, by widziała, że płacze. Drobne ramiona zarzuciła mu na szyję.
- Wróci – szepnął.
Syreny, przytłumione przez mury mijanych budynków i szum deszczu, nuciły monotonną pieśń, hołd zniszczenia. Jacob Metzger, z torbą na jednym ramieniu i dzieckiem w uścisku drugiego, brnął przez ulicę ku osiedlowemu parkingowi. Czarny lakier nowego Audi odbijał łunę pożaru. Wyłączany alarm zaświergotał żałośnie.
Posadził córkę w foteliku i zapiął pasy. Mała wymamrotała w półśnie coś niezrozumiałego. Sam siadł za kierownicą i rzucił torbę na siedzenie pasażera.