subiteveneinorem: (Default)
[personal profile] subiteveneinorem
    Patrzyła na mnie. Najpierw z niedowierzaniem, potem ze strachem. Ukryła twarz w dłoniach, odsunęła się najdalej jak mogła i zaczęła krzyczeć. Uniosłam ręce, by ją utulić. Moje ręce. Płoną.
    Coś rośnie wewnątrz mnie. Desperacko szuka ujścia. W końcu znajduje je w moich ustach. Dźwięk. Nie krzyk. Dźwięk.

    Lou skoczyła ku towarzyszce. Chwyciła ją za poły kurtki i zaświeciła jej w twarz latarką.
    - Maria...? Co...
    Urwała. Zza rumowiska doszło ją świszczące dyszenie. Dwa. Trzy. I więcej. Zaklęła paskudnie i z pistoletem wycelowanym w ich stronę powoli wycofywała się w stronę wyjścia, ciągnąc za sobą nieprzytomną Marię. Musi się stąd wydostać i to najszybciej, jak się da.
    Gdzie, u diabła, jest Metzger? Gdyby tylko nie było tu tak ciemno...
    Szczęk potrąconej puszki na lewo. Niewiele myśląc, wystrzeliła dwukrotnie. Dziki wrzask, jaki usłyszała, zmusił ją do wymamrotania kolejnego przekleństwa. Trafiła, ale nie śmiertelnie. Pogorszyła sprawę.
    W końcu wydostała się z pomieszczenia, chwyciła pewniej za kurtkę przyjaciółki i z oczami wciąż wbitymi w ciemność ruszyła w stronę holu.
    Metzger, swoim zwyczajem, pojawił się znikąd, z rewolwerem gotowym do strzału. Obrzucił kobiety pobieżnym spojrzeniem i w miarę jak Lou wyciągała Marię w stronę oświetlonego holu, ostrożnie, krok za krokiem zbliżał się do miejsca, z którego przed chwilą się wydostały.
    - Przenieś ją stąd - szepnął, gdy przechodził obok niej.
    - Właśnie to robię - syknęła przez zaciśnięte zęby. W odpowiedzi zakręcił zaciśniętą pięścią dwa okręgi, precyzując swoje słowa. Miała się teleportować? Dopiero zdała egzamin! Nie ma mowy, żeby...
    Huk pocisku opuszczającego Magnum zdawał się ją popędzać. Nie miała wyjścia. Opętanych było zbyt wielu, nawet jak dla niego; musi się stąd wydostać i musi zabrać Marię.
    Kolejne dwa wystrzały. Uklękła na jedno kolano i chwyciła chłodną i wiotką dłoń towarzyszki, próbując się skoncentrować.
    I wtedy zobaczyła płomienie.

    Uśmiecha się do mnie. Jest mój. A ona jest nasza. Tylko nasza. Jej oczy też się śmieją, choć wszyscy twierdzą, że to niemożliwe, że noworodki nie okazują takich emocji. Ale ja wiem. Nie, ja to czuję.
    Dlaczego szepczesz? Dlaczego prosisz?

    "Głupota, czysta głupota," pomyślał, kryjąc się za na wpół zawaloną ścianą i napełniając magazynek. Był głupi, twierdząc, że to tylko zbiorowisko bezmyślnych opętańców. Był zbyt pewny siebie, znowu.
    Wychylił się i dwoma celnymi strzałami powalił Źródło, które wznieciło pożar. Odmówił tym istotom rozumu, a one...
    Ukrywały się, ukrywały swoją obecność. Dlaczego?
    Na wpół spalone kawałki drewna zaczęły pękać i rumowisko zapadało się do środka, wypełniając pomieszczenie popiołem i iskrami, które opadały na rozrzucone śmieci, wzniecając kolejne płonienie. Powietrze było nieznośnie suche i gorące.
    Myśl, by wydostać się stąd jak najprędzej, zamienił na czyn, zanim jeszcze na dobre się ukształtowała. Byle dalej, byle...
    Ona nadal tu jest.

    - Co ty sobie myślałaś? - lodowaty głos, wzbogacony o ton, którego nie mogła rozpoznać, tuż koło jej ucha.
    - Nie mogę - jęknęła.
    Odepchnął ją od nieprzytomnej Marii, chwycił ją wpół i splótł swoją dłoń z jej zimnymi palcami. Wcisnął broń do kieszeni kurtki i rzucił Lou swój portfel.
    - Do samochodu. Biegiem - nakazał.
    Pobiegła, gdy tylko rozpłynęli się w powietrzu. Raz tylko potknęła się o poskręcane nagie kable i wywracając się, rozcięła sobie przedramię. Ale biegła dalej, nie zwracając uwagi na krew ściekającą po dłoni i lufie pistoletu, znaczącą trasę jej ucieczki.
    Wypadła na dziedziniec i w biegu przetrząsała zawartość portfela. Przy samochodzie znalazła właściwy klucz i przekręciła go w zamku a następnie w stacyjce. Gdy silnik Jeepa wyrównał rytm, pozwoliła sobie na chwilę oddechu. Sięgnęła na zewnątrz, gdzie porozrzucane leżały papiery z portfela Metzgera. Rzuciła je na siedzenie obok i z piskiem opon wyjechała na drogę.

    Staram się, naprawdę się staram skupić na tym, co mówi wykładowca. Nie jest to łatwe, biorąc pod uwagę, że On siedzi dwa rzędy za mną. Niemal namacalnie czuję jego wzrok na sobie. Kto by pomyślał, taki poważny człowiek i ja. Uśmiecham się na samą myśl. Kto w takiej sytuacji mógłby skoncentrować się na słowach profesora z manią prześladowczą i rozdmuchanym ego?

    Czysta energia. Umysł i informacje. Zakodowana wiadomość do odszyfrowania w określonym miejscu i czasie.
    Zmaterializował się tylko o metr od wyznaczonego miejsca. Nic wielkiego, i tak w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby na tym ucierpieć. Grupa medyków, postawiona w stan gotowości krótką informacją, czekała w bezpiecznej odległości i podjechała natychmiast z noszami. Z pomocą sanitariusza ułożył na nich wciąż nieprzytomną Marię, którą od razu zabrano w głąb pustego, białego korytarza. Odprowadził ich wzrokiem.
    - Jacob? - spokojny, głęboki głos przywrócił go do rzeczywistości. - Co się stało?
    Otarł twarz z potu i pyłu, i odwrócił się od właściciela owego głosu. Szczupła twarz Adama Disparue wyrażała szczere zainteresowanie, szare oczy ukryte za okularami bez oprawek przyglądały mu się badawczo.
    - Piekło - Metzger rozpiął kurtkę i zdjąwszy ją, zarzucił na ramię, po czym ruszył w stronę wyjścia. Adam podążył za nim.
    - Tu as bien? - pytał dalej.
    - Nigdy nie czułem się lepiej - burknął w odpowiedzi. - Zrób mi przysługę i poinformuj mnie, gdy pojawi się Sticktwist z moim samochodem. I jeszcze jedno...
    Zatrzymał się i znów otarł czoło.
    - Zajmijcie się Marią - mruknął.
    Na twarzy Disparue ukazał się blady uśmiech.
    - Bien sûr, Jacob. Jak zwykle.

    W miarę, jak oddalała się od tego przeklętego miejsca, serce zwalniało swój rytm. Uspokoiło się jednak dopiero, gdy zgasiła silnik na parkingu pod budynkiem Sieci, zdumiona tym, że udało jej się dojechać bez nieprzyjemności, towarzyszących jej zwykle, gdy tylko siadała za kierownicą. Tak, jakby okoliczna policja wzięła sobie urlop, i to wszyscy naraz.
    Przed wyjściem zebrała leżące luźno papiery i upchnęła je do portfela Metzgera. Kilka kartek upadło pod siedzenie. Wyciągnęła je i otarła rękawem z ziemi i błota. Rzuciła na nie okiem, by stwierdzić, czy są w znośnym stanie i zamarła.
    - Co do...? - szepnęła.

Profile

subiteveneinorem: (Default)
~ji.

January 2020

S M T W T F S
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627 28293031 

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags