subiteveneinorem: (Default)
[personal profile] subiteveneinorem
    Biały. I niebieski. Dwa te kolory przeplatały się niby w tańcu, nie mogąc zdecydować, który z nich znajdzie się wyżej, a który niżej.
    Gdzieś, jakby przez mgłę, pamiętała ogromną, czarną plamę, przesuwającą się stanowczo za szybko, by podążać za nią wzrokiem. Była też inna plama, mniejsza i jaśniejsza. I w dodatku wydawała dźwięki.
    Głównie jednak była ciemność. Bez snów.

    Gdy po raz kolejny otworzyła oczy, z ulgą zauważyła, że biały i niebieski doszły w końcu do consensusu i zajęły swoje miejsca. Tak samo czarna plama, którą okazała się być głowiąca nad kartką papieru Lou. Dziewczyna uniosła głowę, uśmiechając się uśmiechem, który dotykał jej brązowo-zielonych oczu.
    - Dzień dobry, potworze - powiedziała, odkładając studiowaną przed chwilą kartkę na stos jej podobnych na środku stołu. - Miło, że zdecydowałaś w końcu przestać się bawić w Śpiącą Królewnę.
    Maria uniosła kąciki ust w odpowiedzi.
    - Z drugiej strony - kontynuowała Lou. - trochę szkoda. Już miałam wyruszać na poszukiwanie Księcia z Bajki.
    Do kącików ust dołączyła brew. Maria otworzyła usta i skrzywiła się z bólu. Lou kiwnęła głową.
    - Disparue to przewidział - mruknęła, wstając i przesuwając krzesło bliżej łóżka. Maria obdarzyła ją wyczekującym spojrzeniem.
    - Nie ma o czym mówić - Lou przygryzła dolną wargę. - Wyższy potraktował cię jakąś niespodzianką. Wyjątkowo paskudną.
    Maria wzięła głęboki wdech, powoli, sprawdzając, na ile pozwolą jej bolące żebra. Tym razem się nie skrzywiła.
    - Źródło? - szepnęła nieco ochrypłym głosem.
    - Na moje oko trzeci stopień. Disparue lubi dramatyzować. Francuzi - dodała z nutą niechęci w głosie.
    Maria przymknęła oczy. Kolejne Źródło. A ona leży i nie może nawet porządnie odetchnąć. Szlag by to trafił.
    - Oczywiście, niczego nie można udowodnić - Lou mówiła dalej. - Metzger się nim zajął, poza tym i tak niewiele z niego zostało po pożarze...
    Oczy Marii natychmiast się otworzyły.
    - Współczuję pobliskim obserwatorom - dokończyła Lou. - Musiało ich nieźle wytrząść.
    - Ile? - szepnęła Maria.

    - Jak dotąd, dwanaście - odpowiedział niski mężczyzna, chowając grube, robocze rękawice do tylnej kieszeni drelichów. - Zakładam, że znajdziemy jeszcze góra dwa. O ile nie było tam ludzi, w co wątpię.
    Metzger tylko machnął ręką, nie obdarzając raportującego nawet przelotnym spojrzeniem. Wzrokiem śledził kłębiący się, czarny dym, wydostający się z pozbawionych szyb okiennic wyższych pięter. Ciemna chmura w miarę wnoszenia się rzedła, aż w końcu rozpływała się na tle siwego nieba.
    Wewnątrz było tylko jedno Źródło; gdyby było ich więcej, ogień nie rozprzestrzeniłby się poza zawaloną salę, a na pewno nie tak szybko. Według ostatnich obserwacji, Źródła nie były niewrażliwe na płomienie, nie wspominając już o opętanych. Te same obserwacje ujawniły, że te... istoty posiadały coś na kształt instynktu samozachowawczego. Co więcej, broniły innych.
    Odsunął tę myśl od siebie. Ważne było to, że jedno Źródło i jedenastu opętanych to wciąż za mało, by pokryć ilość energii, jaką wykrył lokalny obserwator.
    Co gorsza, gdy ten sam obserwator zjawił się wkrótce po jego powrocie do Sieci, powiedział mu, że znaczna część tej energii "rozpłynęła się w powietrzu" w mgnieniu oka, jakby cokolwiek, co ją emitowało, nagle przestało istnieć. Niestety, żaden z obserwatorów nie zarejestrował niczego więcej. Powód, a raczej powody leżały kilka metrów od niego, owinięte w czarne, foliowe worki. Dwanaście czarnych plam ułożonych w rzędzie na pożółkłych liściach.
    Co mogły ukrywać? zastanawiał się, przenosząc wzrok z jednego worka na drugi.
    Potrząsnął głową i wrócił do bramy, przy której stały trzy granatowe samochody dostawcze. Na fotelu pasażera jednego z nich siedziała młoda, góra siedemnastoletnia dziewczyna, ubrana w kremowy płaszcz z kapturem, zarzuconym na głowę. Podszedł do niej. Uniosła głowę i obrzuciła go spojrzeniem ogromnych, szarych oczu, po czym wróciła do kontemplowania swoich wciąż jeszcze trzęsących się dłoni.
    - Nic - uprzedziła jego pytanie. - Żadnych sygnałów. Dwóch adeptów, dwóch materiowców. Jeden obserwator - chyba się uśmiechnęła, nie był pewien. Może to pozostałości szoku. Przygryzł wargę i wrócił pod budynek z myślą, że przydałoby się dać obserwatorom kilka dni urlopu więcej. Albo tygodni.
    Na schodach minęło go dwóch mężczyzn z noszami, na których leżał kolejny czarny worek. Nie położyli go obok poprzednich, skierowali się prosto ku pojazdom. Skończyli więc przeszukiwanie. Otarł dłonią twarz i wszedł do środka.
    Wysoki, chudy chłopak kręcił się pomiędzy resztkami, zatrzymując się tu i ówdzie; nie wyjmował rąk z kieszeni. Razem z nim drugi, niższy i bardziej krępy, błyskał od czasu do czasu fleszem. Raportujący mu wcześniej mężczyzna stał przy schodach i obserwował dwójkę znudzonym spojrzeniem. Metzger podszedł do niego i oparł się o metalową balustradę.
    "Jakiś eksperyment?" spytał, kiwając głową w stronę adeptów. Mężczyzna w drelichach wzruszył ramionami.
    "Higgins naczytał się za dużo książek," odparł, przenosząc wzrok na swoje paznokcie. Niezadowolony z ich stanu podniósł nadpalony kawałek stołka i odłamawszy drzazgę, zajął się ich czyszczeniem. "Dzieciakowi brakuje wiary. Zdolny, ale do wszystkiego podchodzi jak do zagadnienia matematycznego."
    "Czyżby?" Metzger uniósł brew. Dwójka zniknęła w jednym z bocznych pomieszczeń. "Sprawdziliście cały budynek?"
    "Dwa razy. Zresztą mała Carter przeskanowała budynek i okolice," mężczyzna odrzucił drzazgę i rozprostował ręce. "Poza tym, co widziałeś na zewnątrz, znaleźliśmy tylko pieczeń z kota. Jego też zapakowaliśmy." Spojrzał na Metzgera. "Po co wam te zwłoki?"
    "Na świecie jest więcej takich, jak Higgins," Metzger rozejrzał się wokół. Nie czuł się tu dobrze. "Trzeba im będzie wytłumaczyć cały ten burdel. Wychodzisz?"
    "Jeszcze nie," uśmiechnął się mężczyzna. "Higgins nie ruszy się stąd przez jakiś czas, a mój chłopak ani myśli go odstąpić. Obiecałem Lucy, że nie spuszczę go z oka. Mogłem się dwa razy zastanowić, zanim się ożeniłem z czujką. Niezbyt dobrze dziś spała," dodał.
    Metzger podał mu rękę na pożegnanie i wyszedł na zewnątrz. Dwa samochody już odjechały. Trzeci właśnie ruszał. Na zakręcie chodnika zauważył odchodzącą szybkim krokiem Carter. Wziął głęboki wdech. Powietrze przepełnione było charakterystycznym swądem palonego drewna i topionego plastiku. Skrzywił się i ostatni raz rzuciwszy okiem na budynek, deportował się.

    Disparue pojawił się w drzwiach sali z jej ubraniami pod pachą. Przynajmniej on był na tyle inteligentny, by się z nią nie spierać i wypuścić z tych sterylnych czterech ścian, których widok wcale jej nie pomagał - nigdy nie lubiła pobytów w szpitalach, nawet, gdy to nie ona była tą poszkodowaną. Pielęgniarka, która była tu przed chwilą musiała mu donieść o tym, że próbowała się teleportować, gdy ta zbliżyła się ze strzykawką.
    - Zawsze w ruchu, eh? - uśmiechnął się, kładąc ubrania w nogach łóżka.
    - Znasz mnie - Maria odwzajemniła uśmiech, stawiając stopy na posadzce.
    - Ah, oui - kiwnął głową. - Na tyle, że nie chciałbym cię tu powrotem w pół godziny, jak ostatnim razem.
    - Masz moje słowo.
    Roześmiał się i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Maria sięgnęła po ubrania. Musiały być wcześniej sprowadzone przez Lou, gdyż nie były to te, w które była ubrana podczas rekonesansu. Ledwie skończyła zapinać guziki płaszcza, gdy do środka wparowała Lou we własnej osobie z siatką zakupów.
    - Jestem dziś w gotującym nastroju, potworze - wyszczerzyła zęby w uśmiechu. - Gotowa? Świetnie. Możesz prowadzić? Wspaniale. Nigdy więcej nie siądę za kierownicą. Z całym szacunkiem, jeżdżenie zgodnie z przepisami to męczarnia.

Profile

subiteveneinorem: (Default)
~ji.

January 2020

S M T W T F S
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627 28293031 

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags